Jupijej, w 2013 roku przeczytałam więcej książek niż w roku poprzednim! Drobny sukcesik. W 2012 były to 23 pozycje, w 2013 - 28 książek (a jedną z nich przeczytałam dwa razy). W sumie też bez szału, ale jednak więcej. Oprócz tego mam na swoim koncie 5 przeczytanych dramatów powyciąganych z rożnych zbiorów, 4 książki, które przeczytałam w tym roku, ale czytałam je już wcześniej, więc nie podliczam, żeby nie oszukiwać, i 10 przesłuchanych audiobooków (też o 2 więcej niż rok temu).
Dwie z nich dotyczą Marca Chagalla, co należy wiązać z pisaną przeze mnie na początku roku pracą zaliczeniową na temat jednego z jego obrazów. Oprócz tego trochę innych naukowych rzeczy z okazji różnych zaliczeń - a to o teatrze, a to o sztuce, a to właśnie te dramaty na egzamin) Odkryłam w tym roku, że Jean Webster napisała nie tylko "Tajemniczego opiekuna", którym zaczytywałam się we wczesnych latach nastoletnich, ale również i kontynuację "Kochany wrogu" (i to właśnie tę książkę przeczytałam dwa razy, żeby zapamiętać lepiej przed oddaniem do biblioteki i przed odsłuchaniem audiobooka). Zakręciłam się też dość poważnie wokół nieznanej mi wcześniej literatury L.M. Montgomery i o L.M. Montgomery (w sumie 5 pozycji). Stałam się właścicielką dwóch pozaharrypotterowych książek autorstwa J.K. Rowling, które czytało się obie bardzo dobrze, ale zdecydowanie bardziej zaprzyjaźniłam się z detektywem Cormoranem Strike'm i jego sekretarką Robin z "Wołania kukułki", czekam na kontynuację. Żałuję, że nie mam już na co czekać w sprawie kolejnych części "Igrzysk śmierci" - całą trylogię połknęłam, i mimo pewnej miałkości chciałoby się jeszcze. Chyba też odkryłam, że lubię kryminały - czy to właśnie wspomniane "Wołanie kukułki", czy "Erynie" Krajewskiego... I mam plany, by trochę w związku z tym poczytać sobie różnych klasyków kryminału. Dwie książki dotyczą radiowej Trójki, to poniekąd w związku z moją magisterką, ale jednak bardziej dla siebie samej. I dwie książki o. Joachima Badeniego. Trafia do mnie. Przemęczyłam też "Czarodziejską górę" Manna, bo wypada znać.
Ogólnie to całkiem przyjemna lista mi w tym roku powstała.
Jeśli chodzi o filmy, to naprawdę sporo w tym roku chodziłam do kina. Chodzenie do kina jest super. Ale i sporo filmów obejrzałam w domu. Nie wierzę własnym oczom, że lista tych, które obejrzałam i opisałam w tym roku wynosi, uwaga, 50 filmów. W poprzednim roku było to zaledwie 23 pozycji. Jestę kultoroznawcą. A ta 50tka to i tak nie wszystko, bo są jeszcze i chociażby dwa ostatnio widziane filmy, których nie opisałam, bo o nich nic już nie da się powiedzieć - "Ojciec chrzestny" i "Gorączka", czy oglądane już po raz któryś "Vinvi", "Notting Hill", "To właśnie miłość"... Jak tak sobie podliczam dalej, to wychodzi na to, że w kinie byłam w tym roku 22 razy. Ładny wynik. Z tej racji oglądałam w tym roku głównie najnowsze pozycje. Zarówno polskie, jak i zagraniczne. Ale i starsze klasyki. "Rejs" chociażby. Czy właśnie "Ojciec chrzestny".
Część tej ponad 50tki to filmy, jakie oglądałam w związku z zajęciami z kina amerykańskiego po 89 r. W ten sposób odkryłam reżyserię Christophera Nolana, i wraz z NJMŁ obejrzeliśmy wszystko, co się dało w tym temacie. Nolan mistrz. Oprócz Nolana za filmowe wydarzenia tego roku mogę uznać: absolutnie urocze "Imagine" Jakimowskiego i "Czas na miłość" Curtisa. Strasznie trudno tak jakoś podsumować ponad 50 filmów. Spróbujmy liczbami. 3 bajki. 16 filmów polskich. 1 musical. 5 filmów o superbohaterach. 4 filmy z Robertem De Niro, 3 filmy z Jennifer Lawrence, 3 z Robertem Więckiewiczem. Sporo gniotów, ale i bardzo wiele fantastycznego kina. Filmowo rok bardzo udany.
Koncertowo mniej. W 2012 było ich 8, natomiast w 2013 byłam zaledwie na pięciu koncertach! Cztery z nich tu opisywałam, czwarty to występ zespołu Bethel. Mało. Jakoś tak. Ale za to - same udane!
Na pewno natomiast widziałam w tym roku dużo więcej spektakli teatralnych. Z racji zajęć, z racji praktyk, z racji festiwali. 11 spektakli teatralnych. A kilka z nich po kilka razy! A w zestawieniu dwóch teatrów toruńskich pod względem uzyskanej satysfakcji ze spektaklu wygrywa zdecydowanie "Baj Pomorski".
I: spójnik przyłączający zdanie o treści niezgodnej z tym, co można wnioskować na podstawie zdania poprzedzającego;
II: partykuła komunikująca, iż to, o czym mowa w zdaniu, jest niezgodne z przewidywaniami mówiącego.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą L.M. Montgomery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą L.M. Montgomery. Pokaż wszystkie posty
sobota, 4 stycznia 2014
wtorek, 20 sierpnia 2013
kilka tygodni z L.M. Montgomery
Tak się złożyło, o czym dowiedziałam się po lekturze ostatniej z przeczytanych ostatnio i omawianych tu poniżej książek, że dwie pierwsze to jedyne wydane przez L.M. Montgomery powieści dla dorosłych. Natomiast dwie pozostałe - to jej pamiętnik i biografia. Co prawda, pamiętnik dotyczy lat dzieciństwa i młodości, ale i tak polecałabym go raczej dorosłemu czytelnikowi. Podsumowując, dążę do tego, aby stwierdzić, że oto w tej notce to tak jakby L.M. Montgomery dla dorosłych.
Błękitny zamek - czy tego nikt jeszcze nie zekranizował? Wydaje mi się, że to idealny materiał do sfilmowania! Bohaterka, wyszydzana stara panna, na początku nieco mnie wkurzała, taka rozmemłana i bez życia.
Mi czytało się dobrze. Za to mojej Mamie i Babci - znakomicie! Obie zachwycone, połknęły "Błękitny zamek" w ciągu 1-2 dni.
Hej Ty! Spełniaj marzenia, nie przejmuj się tym, co mówią inni, i żyj własnym życiem!
| zdjęcie Maud Montgomery pochodzące z wikipedii, wrzucone tutaj z powodu silnej potrzeby zilustrowania jakoś tego wpisu |
Niezbyt dobrze jej się spało. Nic dziwnego zresztą, że się źle sypia, kiedy się ma nazajutrz skończyć dwadzieścia dziewięć lat, a przy tym jest się wciąż panną, w środowisku, gdzie nie wychodzą za mąż tylko te, które po prostu nie mogą dostać męża.Jednak pewna wiadomość sprawia, że zaczyna ona żyć po swojemu, nie przejmując się innymi, przede wszystkim - tłamszącą ją rodziną. Wychodzi nawet za mąż (no wiadomo, w innym wypadku nie zrealizowałaby się życiowo, nie?), ale para ta nie jest taka typowo montgomerowska. Co więcej, ślub wcale nie jest cudownym zakończeniem, rozkosznym rozwiązaniem wszystkich wątków, i żyli długo i szczęśliwie. Tu dzieje się dużo więcej. Intryga jest dość nietypowa, na koniec jeszcze trochę bardziej pogmatwana, niż by się wydawało (ale nie wiem, czy to było konieczne).
Mi czytało się dobrze. Za to mojej Mamie i Babci - znakomicie! Obie zachwycone, połknęły "Błękitny zamek" w ciągu 1-2 dni.
Hej Ty! Spełniaj marzenia, nie przejmuj się tym, co mówią inni, i żyj własnym życiem!
czwartek, 21 marca 2013
reni muchis
Parafrazując klasyka (klasyczkę?) - kiedyś się ogarnę, ogarnę się, po prostu się ogarnę, tylko nie wiem czy jestem coraz bliżej...
Póki co - oto link do mojej pierwszej filmowej recenzji na Kulturalnym Toruniu. Wzięłam się za film Dzień Kobiet Marii Sadowskiej, porównywany często do Erin Brockovich, i tego wątku nie mogło zabraknąć w moim tekście. Bo Julia Roberts, wiadomo.
Kulturowo tyle się dzieje, że nie nadążam. Naukowo też nie nadążam. Nie nadążam również za fabułą w słuchanym audiobooku Pride & Prejudice - czytałam to zaledwie ze 3 razy, nie to co cykl o Ani z Zielonego, więc jest trudniej, ale słuchanie tych samych rozdziałów po kilka razy też ma swój urok. Można na przykład wyłapać takie oto ujmujące zdania, jak to poniżej. Bo to naprawdę bywa niebezpieczne!
Póki co - oto link do mojej pierwszej filmowej recenzji na Kulturalnym Toruniu. Wzięłam się za film Dzień Kobiet Marii Sadowskiej, porównywany często do Erin Brockovich, i tego wątku nie mogło zabraknąć w moim tekście. Bo Julia Roberts, wiadomo.
Kulturowo tyle się dzieje, że nie nadążam. Naukowo też nie nadążam. Nie nadążam również za fabułą w słuchanym audiobooku Pride & Prejudice - czytałam to zaledwie ze 3 razy, nie to co cykl o Ani z Zielonego, więc jest trudniej, ale słuchanie tych samych rozdziałów po kilka razy też ma swój urok. Można na przykład wyłapać takie oto ujmujące zdania, jak to poniżej. Bo to naprawdę bywa niebezpieczne!
He began to feel the danger of paying Elizabeth too much attention.
sobota, 2 marca 2013
zawszone narody
Obdarz pokojem zawszone narody, Ciebie Prosimy...Ok, nie jestem pewna, czy lektor powiedział "zawszone", czy też było to "zwaśnione" brzmiące na "zawszone" z powodu kiepskiej dykcji. Może to też wpływ słuchania ostatnio Rilla of Ingleside, tam i wszy w okopach, i zwaśnione narody, a ta powieść od zawsze miała tendencje do wbijania mi się w psychikę. W każdym razie, wczoraj w kościele słyszałam "zawszone".
sobota, 9 lutego 2013
Marianne and the Audiobooks
There are so many things in life we cannot do because of the fear of what Mrs. Harmon Andrews would say.Słucham sobie ostatnimi czasy (tzn. od dzisiejszego popołudnia) audiobooka "Anne's House of Dream". Tak, wiem, że w zgodnie z obowiązującą kolejnością, po "Anne of Green Gables", "Anne of Avonlea" i "Anne of the Island", powinnam przesłuchać "Anne of Windy Poplars", niestety, moje źródło darmowych audiobooków tej części akurat nie posiada, i nie potrafię zrozumieć dlaczego. Trudno. Ominę narzeczeństwo Ani i Gilberta, przechodząc od razu do pierwszych lat ich małżeństwa. Też dobrze. Tę część też znam praktycznie na pamięć.
Ciekawa jest taka konfrontacja znanego sobie tłumaczenia z oryginałem. Już sam tytuł trzeciej części mnie zadziwił - ale "Ania z Wyspy" może rzeczywiście nie brzmi dobrze, i wymienienie "wyspy" na "uniwersytet" sprawia, że tytuł bardziej oddaje fabułę. No i niemożliwe byłoby potem przełożenie "The Blythes Are Quoted" na ... "Ania z Wyspy Księcia Edwarda".
Tytuły to jedno, bardziej zastanawia mnie zmienianie imion. Już od dzieciństwa zastanawiało mnie, dlaczego chłopiec, który dostaje imię po kapitanie Jimie, bywa nazywany Kubą. Dziś już wiem, rzecz jasna. Ale wtedy mocno mnie to frapowało. A wystarczyłby przecież drobny przypis wyjaśniający zależności między Jamesem a Jakubem.
Davy i Dora? Po polsku Tadzio i Tola. Paul Irving? U nas jest to Jaś. Rachel Lynde? Małgorzata Linde.
Jeśli już bardzo chcemy zmieniać imiona, to czemu nie np. Dawid(ek) i Dorotka? I Paweł Irving? No dobra, zgadzam się, że Paweł(ek?) nie brzmi tak uroczo jak Jaś, a Jaś był przecież bardzo uroczym chłopcem. Ale po co w ogóle łapać się za te imiona? Przecież każdy polski czytelnik doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że akcja powieści dzieje się w Kanadzie, więc nie oczekuje polskich imion, prawda?
Tylko że... jeśliby już wymagać takiej konsekwencji, to chyba musielibyśmy mieć "Anne" a nie "Anię". I to już mi się przestaje podobać. Ania musi być Anią. Nie Andzią, i nie Anne. Ania. I już.
W wydaniach, które posiadam, konsekwencji brak tak czy siak. Bo obcobrzmiąca Jane jest Janką, ale równie obcobrzmiąca Ruby zostaje jako Ruby. A nie, na przykład, Renata. (3:54 Jadźka i Renata!)
Nie znam się na tym, na takich rozterkach tłumacza. Ale lubię je śledzić i wynajdywać.
I szalenie lubię słuchać audiobooków anglojęzycznych książek! Czuję wtedy, jakbym robiła coś, co naprawdę sprawi, że mój angielski będzie lepszy, a co jednocześnie jest miłym relaksem.
Polecam, Marianna Mucha.
niedziela, 21 października 2012
Na Wyspie Księcia Edwarda jak zawsze cudownie.
Jana ze Wzgórza Latarni, L.M. Montgomery
Jana. Jana. Jak można przetłumaczyć "Jane" na Jana? Ach! I jeszcze to jej ciągłe powtarzanie czuję się Janą. Jak można w ogóle poczuć się Janą? Wolałabym już, tak jak w Ani z Zielonego Wzgórza, Jankę. Albo Jane, sama mogłabym się całkiem dobrze poczuć Jane (jak Austen, w tych cudnych sukienkach). Ale Jana? Nie rozumiem.| http://sp4zambrow.kei.pl/biblioteka/ biblioteka_files/ksiazka9.jpg |
Bohaterka trochę łajzowata, chociaż zazdroszczę jej że tak szybko ogarnęła prowadzenie domu, łącznie z gotowaniem i pieczeniem. Motyw ze zdjęciem faceta, które wycięła z gazety, a potem się okazało że to jej ojciec, wybitnie nierealistyczny. I te utarte montgomerowskie i ogólnie literackie schematy fabularne: zahukana dziewczyneczka mieszkająca ze srogą babcią, uratowana z tej sytuacji przez powracającego nagle do jej życia tatusia (Elżbietka z Ani z Szumiących Topoli); choroba bohaterki jako moment, w którym inni coś zrozumieją, naprawiają błędy i zaczynają być szczęśliwi - jak Ania podczas choroby Gilberta. Tutaj to rodzice Elżbiety po kilkunastu latach spotykają się nad łóżkiem córki, okazuje się że nadal się kochają, i żyją potem wszyscy razem długo i szczęśliwie. Pachnie banałem. Woń tę jednak przyćmiewa inny zapach. Słony zapach morza, starych sadów owocowych, leśnych polanek pełnych poziomek, pieczonego ciasta, czystego drewnianego domku z patchworkowymi narzutami na łóżkach. Tak, to ostatnie też ma dla mnie swój zapach.
Na Wyspie Księcia Edwarda jak zawsze cudownie.
sobota, 8 października 2011
Pani na Srebrnym Gaju, L. M. Montgomery
[Cześć, jeśli chcesz kiedyś przeczytać opisywaną tu książkę Pani na Srebrnym Gaju Lucy Maud Montgomery, to lepiej nie czytaj tego opisu. Zdradzam tu zakończenia wielu wątków poruszanych w powieści.]
Pani na Srebrnym Gaju to powieść dużo dojrzalsza niż jej poprzedniczka. Głównie dlatego, że bohaterowie są starsi. Mam tu na myśli przede wszystkim najważniejsze postaci kobiece, jakimi są nie tylko Pat, ale i Elka - tak, to znalezione w kapuście maleństwo, zwane niegdyś przez wszystkich Przylepką. Ale i problemy, z jakimi się borykają, są dużo poważniejsze, dojrzalsze - od kiedy są to ludzie dorośli, Montgomery zsyła na nich kłopoty, z którymi jako dzieci mogliby sobie nie poradzić.
Subskrybuj:
Posty (Atom)