I: spójnik przyłączający zdanie o treści niezgodnej z tym, co można wnioskować na podstawie zdania poprzedzającego;
II: partykuła komunikująca, iż to, o czym mowa w zdaniu, jest niezgodne z przewidywaniami mówiącego.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lubię czytać książki.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lubię czytać książki.. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 października 2015

Lista popkulturalnych oczekiwań.

Lubię mieć na co czekać. Ktoś, być może Paolo Coehlo, powiedział kiedyś coś o tym, że w oczekiwaniu jest już jakaś cząstka tej radości, która dopiero nadejdzie. Coś w tym jest.
A tak się złożyło, że przede mną dużo różnych popkulturalnych wydarzeń, i choć dopiero nadejdą, to ja już się cieszę. Bo mogę, ha.
Lubię też robić listy. A więc - lista popkulturalnych oczekiwań. Przede wszystkim na najbliższe miesiące.

- Koncert Fisz Emade w Toruniu. Lubię wszystkich trzech scenicznych Waglewskich. Co prawda obecnie twórczość Fisza i Emade już tak mnie nie kręci, ale wierzę że i tak będzie sympatycznie. Bo ja tak bardzo lubię koncerty! 22 października 2015 r.

- Film Pan (Piotruś. Wyprawa do Nibylandii). Wyprawa do Nibylandii zawsze spoko, a zwiastuny wyglądają bardzo sympatycznie. No i jest w nich Hugh Jackman. Filmy związane z lubianym przeze mnie uniwersum Piotrusia Pana należą do moich ulubionych w ogóle - no kurczę, Hook z Robinem Williamsem? Jeden z moich ulubionych filmów od dzieciństwa , a Marzyciel z kolei to jeden z moich ulubionych filmów od czasów młodości. Dużo tego ulubienia... Więc no. 23 października 2015 r.

- Koncert Dave Matthews Band. Ostatni zespół, który znajdował się na mojej liście zatytułowanej "Bardzo chcę na koncert". Wieść niesie, że na żywo są niesamowici. Przekonamy się w Trójmieście 28 października 2015 r.

Siedzę i oczekuję.
- Film Kosogłos 2, czyli pożegnanie z uniwersum Igrzysk Śmierci. Jaram się jak Dystrykt dwunasty po nalocie Kapitolu, bo to się tak przyjemnie czyta i ogląda! 20 listopada 2015 r.

- Książka Feblik Małgorzaty Musierowicz, czyli kolejna część Jeżycjady. Tak, wiem, że nowa Jeżycjada to nie to samo co stara. I co z tego. I tak czekam z niecierpliwością, przeczytam w kilka dni, i będę sobie parskać śmiechem co jakiś czas. 6 listopada 2015 r.

- Koncert Róisín Murphy w Poznaniu lub Warszawie. Jeśli uda mi się zorganizować transport do i z tak, by wrócić do domu tego samego dnia. Zdecydowanie wolę Moloko niż solową Róisín, ale mam ogromną ochotę sobie na jej koncercie potańczyć. 17 lub 18 listopada.

- Koncert Hey w Toruniu. Uwielbiam Hey, uwielbiam Nosowską, uwielbiam ich koncerty. A ten będzie Unplugged, na takim jeszcze nie byłam. Ale będę, 16 grudnia 2015 r.

- Film Star Wars VII. Przebudzenie Mocy. Ostatnio nadrabiałam popkulturalne zaległości oglądając Gwiezdne Wojny. Nie żebym się od razu zakochała w Hanie Solo czy koniecznie chciała zostać Jedi, ale przynajmniej już wiem, o co w tym chodzi. A pewnie pójdziemy z rodzeństwem i Tatą, a to taki miły rytuał. 18 grudnia 2015 r.

- Nowe odcinki Sherlocka - jedyne serialowe oczekiwanie. Podobno ma być coś nowego na święta Grudzień/styczeń 2015/16, uroczo się zapowiadający odcinek specjalny dziejący się w XIX wieku.

- Nowy kryminał Roberta Galbraitha - The career of Evil. W oryginale ma być 22 października, a kiedy po polsku? Mam nadzieję, że wkrótce. Rowling kurczę pisze dobrze (bo to ona!)

- Płyta Hey, podobno ma być jakoś kiedyś. Tak mówią. Nosowska mówi.

- Płyta Lecha Janerki, też ma być jakoś kiedyś. Tak mówią. Janerka mówi.

- Film Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć. Uniwersum Harry'ego Pottera raz jeszcze, przedłużamy dzieciństwo! Premiera światowa - 11 listopada 2016 r. ...

- Każdy nowy film Nolana. Bo lubię, jak mnie tak wciąga!

- Nowy film Woody'ego Allena. Bo lubię te jego ostatnie produkcje!

- Koncert, płytę PJ Harvey. Albo chociaż tłumaczenie wychodzącej dziś książki, której jest współautorką.

Och, tyle nadchodzącej radości!

poniedziałek, 6 stycznia 2014

mijaj zakichana poro jawa na kacu i blog prostytutki

Jak co roku już od roku po roku robię listę ciekawych wpisów w wyszukiwarkę Google, które doprowadziły do mojego bloga (zestawienie z zeszłego roku możecie znaleźć tutaj). Zaglądanie w statystyki nadal bywa dla mnie powodem zarówno do wybuchów śmiechu, jak i refleksji, olśnień, czy zadziwień ("po cholerę ludzie wpisują coś takiego w Google? po jaką cholerę Google prowadzi ich potem do mnie?"). Po tylu latach Internet wciąż nie przestaje mnie zadziwiać.

Oto moje ulubione tegoroczne "wyszukiwane słowa kluczowe".

W kategorii "kulturalne":
  • "mijaj zakichana poro jawa na kacu" Wygląda i brzmi bardzo absurdalnie, to prawda. Wiedziałam jednak, że nie pierwszy raz spotykam się z tą frazą, i Google się nie mylił. To cytat z książki Barańczaka, którą opisywałam tu jakiś czas temu. Ciekawe, czy właśnie tego szukał internauta. A może po prostu chciał się pozbyć męczącego kaca?
  • "ingaren lveosoo" - Go home, Hermione, you are drunk.
  • "magisterki o zespole hey". Obawiam się, że mój blog nie był zbyt pomocny. Chociaż pomysł jest zacny!
  • "czy jest pan muminkiem musierowicz". Nie, nie jestem Muminkiem Musierowicz. W ogóle nie jestem niczyim Muminkiem. W ogóle nie jestem Muminkiem. No i nie jestem panem. A słowa te, jak wiadomo, wypowiedział Bobcio w "Szóstej klepce" Małgorzaty Musierowicz.
  • "co zrobili picie w kapitolu". Myślałam najpierw, że chodzi o to, co zrobili do picia w Kapitolu, żeby można było po tym szybko zwymiotować, a następnie jeść dalej. Przyszło mi jeszcze go głowy, że może chodzi o coś do jedzenia, jakieś pity, na imprezie w Kapitolu. Kapitol kojarzy mi się głównie z tymi imprezami. Dopiero po chwili doszło do mnie, że chodzi o Peetę. Nie zrobili mu nic dobrego. Jak chcesz się dowiedzieć, to polecam poczytać "Kosogłosa". Można też poczekać na film.
  • "dress nietykalni jak opisał siebie" Brzmi jakby ktoś poszukiwał pomocy do napisania wypracowania gimnazjalnego "Charakterystyka ulubionej postaci filmowej".
W kategorii "wydarzenia":
  • "hejnalista z circo massimo" Tę i podobne frazy wpisywano na początku 2013 r. dość często, o co podejrzewam polskich uczestników zeszłorocznego rzymskiego spotkania Taize. Gdyby nie to, że udało mi się nagrać ten moment, to pewnie sama szukałabym potem tego w internecie. To było naprawdę super! I wygenerowało sporo odsłon na youtubie.
  • "plac rapackiego wystawa rodzina" To miłe, że ktoś wystawę zauważył, i chciał znaleźć o niej coś więcej w internecie. Miło też, że post na moim blogu mógł w tym pomóc.
W kategorii "szukam bloga":
  • "blog prostytutki". You came to the wrong neighborhood. Pisanie o piosenkach prostytutek tak się właśnie kończy. Och, Google, ty to masz pomysły.
  • "menel.blogspot" to również raczej nie tutaj. Prostytutkę to jeszcze nawet rozumiem, ale żeby menel? Chociaż jak tak sobie sama wpisałam to w wyszukiwarkę, to przekierowało mnie w całkiem miłe dla oka rejony internetu.
  • "a+jednak+batyskaf-blog" to natomiast zdecydowanie nie tutaj. Nie podejmowałam tu nigdy tematu batyskafu. A wpisanie w wyszukiwarkę przekierowuje do tekstu na temat wielkości męskiego przyrodzenia.
  • "blogi o miłości pisane przez kobiety" no, tu już może bliżej. Chociaż nie nazwałabym swojego bloga "blogiem o miłości". Ale zdecydowanie pisze go kobieta.
W kategorii "true story":
  • "a brilliant mind". To miłe, dziękuję.
  • "nie umiem gwizdać". No ja właśnie też. I choć wspomniałam o tym w jednym wpisie, to nie znajdziesz tu, czytelniku, recepty na to, jak sobie z tym problemem poradzić.
W kategorii "o jeny...":
  • "menadżer motywów emotikonowych", czyli: Nowomowa Internetowa.
  • "prawica demotywatory" Zgadzam się, prawica potrafi zdemotywować.
  • "nigdy królu bo to praczka". Widzę w tym jakąś tragedię miłosną, króla zakochanego w prostej praczce, którego doradca, martwiąc się, iż jego władca popełni mezalians, mógł wyrzec: Nigdy, królu, bo to praczka! Ale tak na serio - nie mam pojęcia.
A gdyby ktoś miał ochotę zerknąć na moje pozostałe podsumowania 2013 r.:

sobota, 4 stycznia 2014

kulturalne podsumowanie 2013 r.

Jupijej, w 2013 roku przeczytałam więcej książek niż w roku poprzednim! Drobny sukcesik. W 2012 były to 23 pozycje, w 2013 - 28 książek (a jedną z nich przeczytałam dwa razy). W sumie też bez szału, ale jednak więcej. Oprócz tego mam na swoim koncie 5 przeczytanych dramatów powyciąganych z rożnych zbiorów, 4 książki, które przeczytałam w tym roku, ale czytałam je już wcześniej, więc nie podliczam, żeby nie oszukiwać, i 10 przesłuchanych audiobooków (też o 2 więcej niż rok temu).
Dwie z nich dotyczą Marca Chagalla, co należy wiązać z pisaną przeze mnie na początku roku pracą zaliczeniową na temat jednego z jego obrazów. Oprócz tego trochę innych naukowych rzeczy z okazji różnych zaliczeń - a to o teatrze, a to o sztuce, a to właśnie te dramaty na egzamin) Odkryłam w tym roku, że Jean Webster napisała nie tylko "Tajemniczego opiekuna", którym zaczytywałam się we wczesnych latach nastoletnich, ale również i kontynuację "Kochany wrogu" (i to właśnie tę książkę przeczytałam dwa razy, żeby zapamiętać lepiej przed oddaniem do biblioteki i przed odsłuchaniem audiobooka). Zakręciłam się też dość poważnie wokół nieznanej mi wcześniej literatury L.M. Montgomery i o L.M. Montgomery (w sumie 5 pozycji). Stałam się właścicielką dwóch pozaharrypotterowych książek autorstwa J.K. Rowling, które czytało się obie bardzo dobrze, ale zdecydowanie bardziej zaprzyjaźniłam się z detektywem Cormoranem Strike'm i jego sekretarką Robin z "Wołania kukułki", czekam na kontynuację. Żałuję, że nie mam już na co czekać w sprawie kolejnych części "Igrzysk śmierci" - całą trylogię połknęłam, i mimo pewnej miałkości chciałoby się jeszcze. Chyba też odkryłam, że lubię kryminały - czy to właśnie wspomniane "Wołanie kukułki", czy "Erynie" Krajewskiego... I mam plany, by trochę w związku z tym poczytać sobie różnych klasyków kryminału. Dwie książki dotyczą radiowej Trójki, to poniekąd w związku z moją magisterką, ale jednak bardziej dla siebie samej. I dwie książki o. Joachima Badeniego. Trafia do mnie. Przemęczyłam też "Czarodziejską górę" Manna, bo wypada znać.
Ogólnie to całkiem przyjemna lista mi w tym roku powstała.

Jeśli chodzi o filmy, to naprawdę sporo w tym roku chodziłam do kina. Chodzenie do kina jest super. Ale i sporo filmów obejrzałam w domu. Nie wierzę własnym oczom, że lista tych, które obejrzałam i opisałam w tym roku wynosi, uwaga, 50 filmów. W poprzednim roku było to zaledwie 23 pozycji. Jestę kultoroznawcą. A ta 50tka to i tak nie wszystko, bo są jeszcze i chociażby dwa ostatnio widziane filmy, których nie opisałam, bo o nich nic już nie da się powiedzieć - "Ojciec chrzestny" i "Gorączka", czy oglądane już po raz któryś "Vinvi", "Notting Hill", "To właśnie miłość"... Jak tak sobie podliczam dalej, to wychodzi na to, że w kinie byłam w tym roku 22 razy. Ładny wynik. Z tej racji oglądałam w tym roku głównie najnowsze pozycje. Zarówno polskie, jak i zagraniczne. Ale i starsze klasyki. "Rejs" chociażby. Czy właśnie "Ojciec chrzestny".
Część tej ponad 50tki to filmy, jakie oglądałam w związku z zajęciami z kina amerykańskiego po 89 r. W ten sposób odkryłam reżyserię Christophera Nolana, i wraz z NJMŁ obejrzeliśmy wszystko, co się dało w tym temacie. Nolan mistrz. Oprócz Nolana za filmowe wydarzenia tego roku mogę uznać: absolutnie urocze "Imagine" Jakimowskiego i "Czas na miłość" Curtisa. Strasznie trudno tak jakoś podsumować ponad 50 filmów. Spróbujmy liczbami. 3 bajki. 16 filmów polskich. 1 musical. 5 filmów o superbohaterach. 4 filmy z Robertem De Niro, 3 filmy z Jennifer Lawrence, 3 z Robertem Więckiewiczem. Sporo gniotów, ale i bardzo wiele fantastycznego kina. Filmowo rok bardzo udany.

Koncertowo mniej. W 2012 było ich 8, natomiast w 2013 byłam zaledwie na pięciu koncertach! Cztery z nich tu opisywałam, czwarty to występ zespołu Bethel. Mało. Jakoś tak. Ale za to - same udane!

Na pewno natomiast widziałam w tym roku dużo więcej spektakli teatralnych. Z racji zajęć, z racji praktyk, z racji festiwali. 11 spektakli teatralnych. A kilka z nich po kilka razy! A w zestawieniu dwóch teatrów toruńskich pod względem uzyskanej satysfakcji ze spektaklu wygrywa zdecydowanie "Baj Pomorski".

czwartek, 2 stycznia 2014

a 2013 był taki:

Trochę się boję, gdy mówią "oby 2014 był lepszy niż 2013". Bo zdecydowanie 2013 był lepszy niż 2012, gdyż 2012 był najgorszy do tej pory. 2013 był w porządku. Byłoby fajnie, gdyby tendencja nie zmieniała się znowu na spadkową, ale nie będę narzekać, jeśli 2014 będzie po prostu OK. Taki jaki był 2013.

W tym roku spełniłam kilka swoich marzeń.
Jednym z nich było, w zasadzie od zawsze, doświadczyć, na czym polega praca w teatrze. To trochę dlatego chciałam kiedyś zostać aktorką. W tym roku przez miesiąc miałam praktyki w teatrze "Baj Pomorski". To miejsce ma w sobie sporo magii, już nawet pomijając to, że kojarzy mi się z Narnią, bo wchodząc tam, wchodzi się do wielkiej szafy. O ile teatr "dorosły", dramatyczny, często pozostawia we mnie niesmak, o tyle teatr lalkowy, teatr dziecięcy jest magiczny. Miałam fascynującą możliwość obserwowania (i pilnowania) kilkuletnich dzieci podczas spektaklu. Ta ich dziecięca spontaniczność, której nam, dorosłym brakuje! Niesamowita sprawa. Miałam też równie fascynującą możliwość oglądania kilka razy tego samego spektaklu. Zazwyczaj ogląda się spektakl raz. Gdy widzi się go po raz drugi, trzeci, szósty, dostrzega się drobne różnice. Widz ponowny zauważa, że jest trochę inaczej. Widzi, jak aktorzy urozmaicają sobie grany od 20 lat spektakl; odczuwa, jak duże znaczenie ma fakt, czy na widowni siedzi 7 osób, czy 137; wyłapuje nawet drobne pomyłki twórców. Widzowi ponownemu włącza się analityk. Już nie tylko patrzy na opowiadaną historię, ale też znacznie bardziej na jej formę. Dostrzega, jak bardzo spektakl teatralny różni się od filmu. Wiadomo, przy ponownym oglądaniu tego samego filmu może zmienić się nasz odbiór, bo może zmienić się kontekst, ale istota dzieła pozostaje taka sama. W teatrze możemy obserwować, jak zmienia się samo dzieło. Kurczę, naprawdę fascynujące! Miałam nawet wrażenie, że tworzy to jakąś bliskość między twórcami, a widzem ponownym. Bo wy i ja wiemy, że tam miało być nieco inaczej, a oni, ci, co widzą spektakl po raz pierwszy, oni tego nie wiedzą, ha. Poza tym, cała ta teatralna praca z drugiej strony sceny... Całe to zaplecze przygotowywania spektakli, wydarzeń, festiwali. Gdy ktoś mnie pyta, to nie jestem w stanie odpowiedzieć, dlaczego tak bardzo mnie to fascynuje. Po prostu jest w tym magia. I czuję, że byłoby świetnie, gdyby dało się w przyszłości mieć udział w tej magii.

wtorek, 31 grudnia 2013

Szoty kulturalne z końcówki 2013 r.

Mam sporo kulturowych zaległości do opisania tutaj. Połknął mnie egzamin z teatru, to fakt, ale przecież! To było 11 grudnia, minęło sporo czasu! Powinnam dawno temu ponadrabiać. Ale potem był poegzaminowy odpoczynek, a potem były Święta. A w ogóle to trwał Adwent, i starałam się być codziennie aktywna na moim drugim katolickim blogu. No ale, miałam tutaj właśnie opisywać swoje kulturowe doznania, nie? Tak więc no.

Zaległości filmowe. Bo dużo się do kina chodziło. Kino w miłym towarzystwie to cudowna odskocznia od stresu!

Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia. reż. Francis Lawrence
Podjarana jak Dwunastka po nalocie Kapitolu stwierdzam, iż film był lepszy niż książka! (A do tej pory zdarzyło się to w dwóch przypadkach: Dziennik Bridget Jones - bo film był śmieszny, i Harry Potter i Więzień Azkabanu - bo w książce nie było Gary'ego Oldmana). Książkowe niedociągnięcia stylistyczne, czy też po prostu słabiutkie zdania czy motywy w filmie zostały wyeliminowane. I kurczę, mimo iż doskonale wiedziałam, co się stanie, bo książkę czytałam tuż przed, to i tak wciągnęło mnie bardzo. Aż do tego cudownego uczucia, kiedy zapomina się, że jest się w kinie, i człowiek czuje, jakby był tam o, na arenie. Och, i te cudne momenty, gdzie spod Katniss wyziera cudna Jennifer Lawrence i przewraca oczami *_*

Mój biegun, reż. M. Głowacki.
Czyli historia o Jaśku Meli. Szkoda, że kończy się przed tytułowym biegunem, myślę, że sfilmowanie wyprawy mogłoby wyjść ciekawie. A tak... Hm. Taka o, TVNowska biografia. Nie porywa jako całość, choć fragmentami (początek!) wzrusza. I Bartłomiej Topa w roli ojca... oj daje radę! A i Michał Musiał wypada w roli Meli całkiem nieźle. Braki są chyba gdzieś w scenariuszu.

Chce się żyć, reż. M. Pieprzyca
Tu natomiast dużo lepiej. Wiadomo, aktorstwo Dawida Ogrodnika powala na kolana. Historia też. Choć nie dołączam do tłumu absolutnie zachwyconych. Miało być chyba bardzo zwyczajnie, a zrobiło się momentami nieco wulgarnie, i nie wiem, czy słusznie.

wtorek, 19 listopada 2013

scroll, scroll, scroll...

Od dwóch godzin siedzę w bibliotece na wydziale i przeglądam kwejka.


I magisterkę o benefisach w Trójce, by móc czytać książki o Trójce bez wyrzutów sumienia, że nie uczę się do sesji/egzaminu/nie przygotowuję się do pisania pracy, bo przecież się przygotowuję. Jakże przyjemnie!

piątek, 15 listopada 2013

Wałęsa, W pierścieniu ognia i egzamin z teatru

Oto shoty kulturalne, bo człowiek nie ma nawet czasu napisać czegoś porządnego. A co kulturalnie słychać, to poniżej możecie przeczytać.

"Wałęsa. Człowiek z nadziei" Andrzeja Wajdy to film, w którym Robert Więckiewicz jest bardziej jak Lech Wałęsa niż Lech Wałęsa. To trochę jak z tą anegdotą o tym, że Charlie Chaplin wziął udział w konkursie na najlepszego sobowtóra Charliego Chaplina i zajął drugie miejsce. Serio, ja naprawdę lubię Więckiewicza, i jego Wałęsa to w sumie sympatyczna postać, tylko że trochę przerysowana. Zwłaszcza jeśli chodzi o sposób mówienia. Jestem z Lypna i chciałem być pylotem. Momentami to bawi prawie jak kabaret.
Wbrew recenzentom i innym takim uważam, że bardziej prawdziwie wypada Agnieszka Grochowska jako Danuta Wałęsa. Zwłaszcza w tych scenach, gdzie cholernie się wścieka, bo chciałaby mieć dom rodzinny a nie salę konferencyjną. To aż groteskowe, musieć tak wyrzucać z domu podłych dziennikarzy. I w sumie z tą groteską ten groteskowo mówiący Więckiewicz wypada nawet spójnie. A co do podłych dziennikarzy - to Oriana Fallaci nie wypada zbyt sympatycznie, ale za to profesjonalnie. No i jest trochę przerażająca.
Oscara nie przewiduję, choć film jest ewidentnie nastawiony na zagranicznego (niedokształconego) odbiorcę. Po drugiej wojnie światowej Polska znalazła się pod wpływem Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich... Thank you, Captain Obvious. A nawiązywanie w nazwie do "Człowieka z marmuru" i "Człowieka z żelaza wydaje mi się jednak przesadzone.
Ale obejrzeć warto.


"W pierścieniu ognia" S. Collins. Połknęłam równie szybko jak "Igrzyska śmierci", z ponownym wrażeniem obcowania ze słabą literaturą, od której nie można się oderwać. Pozapamiętywałam sobie nawet kilka słabych, słabiutkich zdań. Moje ulubione:
Nie zastanawiałam się nad tym, ale na arenie przynajmniej część chłopców zachowała owłosienie na ciele, a wszystkie dziewczyny poddano gruntownej depilacji. Przypominam sobie, jak kąpałam Peetę nad strumieniem i w słonecznym świetle spod warstwy błota i krwi wychyliły się bardzo jasne włosy, tylko twarz pozostała idealnie gładka. Ani jednemu chłopakowi nie wyrosła broda, choć wielu powinno już mieć zarost. Ciekawe, co organizatorzy im zrobili.
Nie, to nie jest ciekawe. Nic nie wnosi do książki, oprócz pewnego zniesmaczenia u czytelnika.
Odniosłam też wrażenie, że ta książka miała wyglądać nieco inaczej, ale jednak żeby się coś konkretnego zadziało, trzeba było (uwaga, spoiler) wrzucić znów jakieś Igrzyska. Cały system Igrzysk, tourne, mentorów, losowań i zwycięzców nadal wydaje mi się niedopracowany. (koniec psot) Tym razem jednak nie jest aż tak ważne show, a walka o rząd dusz. I rządzenie w kraju rządzonym niesprawiedliwie, w której to walce nasza bohaterka staje się nagle istotnym pionkiem.
Nie pamiętam, czy kiedykolwiek było tak, że zwrot akcji w książce sprawił, że wydałam z siebie dźwięk zaskoczenia. A przy "W pierścieniu ognia" tak właśnie było. Pod koniec byłam naprawdę zdziwiona tym, że aż tak to się potoczyło. Nie że się potoczyło w tę stronę, ale że aż tak się tam potoczyło!
Za wątkiem miłosnym nadal nie przepadam. Choć w sumie to całe katnissowe "w sumie to cię lubię ale nie wiem jak bardzo i nie wiem czego chcę bo on też jest spoko ale ty też jesteś spoko" jest takie dość... prawdziwe.
Wbrew pozorom Gale nie jest jedynym powodem dla którego
bardzo chętnie obejrzę "W pierścieniu ognia" w kinie. Zdjęcie stąd.
Mimo mankamentów czytanie tej książki tak bardzo mnie odprężyło, że nie mogę się doczekać, kiedy znowu wskoczę w świat Panem. Zarówno filmowy (a to już niedługo, i już same materiały promocyjne dają mi dużo radości), jak i książkowy (tak się nagrodzę, jeśli zdam egzamin z teatru w pierwszym terminie).

No właśnie, egzamin z teatru. Przepraszam wszystkich, którzy z racji częstego rozmawiania ze mną muszą tak wiele wysłuchiwać na ten temat. Z drugiej strony, mamy tam ciekawą listę lektur (i naukowych, i dramatów) i spektakli teatru telewizji do obejrzenia. To nie sama sucha nauka, ale też mobilizacja do obcowania ze sztuką. W ramach przygotowań do egzaminu przeczytałam tak znaczącą w Jeżycjadzie "Krótką historię teatru polskiego" profesora Zbigniewa Raszewskiego, "Czekając na Godota" Samuela Becketta (czytało mi się dobrze, choć rzecz jasna absurdalnie, a potem się okazało, że tam wszystko, naprawdę wszystko ma znaczenie. A ja myślałam, że to takie o, po prostu jest. A tam nawet to zdjęcie kapelusza... Jeny.), kończę "Fausta" Gotye Goethego (bo w klasie maturalnej nie zdążyłam doczytać do końca), obejrzałam też "Króla Edypa" z Teatru Telewizji z 92 r. (młody Jan Frycz!), a zamiast muzyki słucham z telefonu "Króla Lira" z Teatru Polskiego Radia. Z czasów, gdy aktorzy nie wymawiali "eŁ", tylko "eLL", urocze.
Gdyby jeszcze człowiek mógł z tym wszystkim obcować bez stresu, to byłoby sympatyczniej.

niedziela, 10 listopada 2013

Czy jestem jak mieszkańcy Kapitolu?

Igrzyska śmierci, S. Collins

Brat kupił książkę, by się przekonać, co to takiego. "Dobrze się czyta, taka bajeczka, połkniesz w kilka dni". Miał rację. Połknęłam. Czytało mi się jednak te "Igrzyska śmierci" nieco dziwnie. Z jednej strony - bardzo wciągało. Z drugiej jednak - z dziwnym wrażeniem obcowania z kiepskawą literaturą. Miałam nawet wrażenie, że to nie książka, ale od razu scenariusz filmu, albo gry komputerowej. Braki w świecie, braki w przedstawieniu postaci, niedociągnięte wątki. "Czasami mam wrażenie, że ty mogłabyś napisać to lepiej", powiedział jeden z braci. Nie wiem, czy to komplement...?
Książkę połknęło po kolei troje z nas, wszyscy jednogłośnie stwierdziliśmy, że naprawdę wciąga, ale nikt z nas nie był jakoś przesadnie podekscytowany. Z drugiej strony, mieliśmy po lekturze bardzo dużo igrzyskowych tematów do wielogodzinnych rozmów.
[tradycyjnie spoileruję, ale chyba nie jakoś bardzo.]
Graficzka z: districtpotter13.deviantart.com
Przedstawiony w książce świat za te nie wiem, kilkaset lat wydaje się nawet dość prawdopodobny. Nie ma tam żadnej magii ani innych szaleństw, wszystko dzieje się w miarę normalnie, oprócz pojawienia się zmutowanych genetycznie roślin i zwierząt (ale czy kogoś to dziwi? brzmi prawdopodobnie). Przez historię prowadzi nas kilkunastoletnia Katniss, mieszkanka Dwunastego Dystryktu, który tak jak i pozostałe jedenaście jest zniewolony przez stolicę-Kapitol, w państwie Panem, na terenach obecnej Ameryki Północnej. Każdy z dystryktów jest ściśle wyspecjalizowany i zajmuje się czymś innym - Dwunastka, dla przykładu, to dystrykt zaopatrujący Kapitol w węgiel, w innych jest to sadownictwo, tekstylia, elektronika, wyrób papieru i dostarczanie drewna. Tu już coś zaczyna nie pasować - bo czy rzeczywiście wszystkie ludzkie materialne potrzeby da się podzielić na 12 dziedzin? Wydaje mi się to niewystarczające.
Drugi zgrzyt pojawia się w najważniejszym motywie w książce, i najważniejszym motywie w przedstawionym świecie. Jako kara za próbę powstania przeciwko władzy Kapitolu co roku urządzane są Głodowe Igrzyska. Każdy z dystryktów losuje dwoje nastoletnich przedstawicieli-trybutów, którzy wraz z innymi stoczą bój o śmierć i życie. Zwycięża ten, kto ostanie się żywy jako ostatni. Wszystkie chwyty są dozwolone, a cały kraj ogląda to krwawe widowisko transmitowane w telewizji. I zdaje się, że emocjonowanie się Igrzyskami, oprócz pracy na rzecz Kapitolu, to jedyne, czym ktokolwiek w dystryktach się zajmuje, a pokazana w nich wszechmoc i okrucieństwo władzy ma powstrzymać ewentualne kolejne bunty. I to właśnie nie brzmi przekonująco. Żeby powstrzymać bunt należałoby chyba raczej stwarzać pozory dobrobytu, a nie głodzić, torturować i zmuszać do oglądania zabijających się zezwierzęconych nastolatków.
Akcja książki zaczyna się bardzo szybko, i ciągle coś się dzieje. Nie zdążyliśmy jeszcze poznać świata Dwunastego Dystryktu, ani głównej bohaterki, a już okazuje się, że za chwilę weźmie ona udział w Głodowych Igrzyskach. Skoro to nasza główna bohaterka, i wiemy już, że są następne części książki, to doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że najprawdopodobniej to ona zostanie przy życiu do końca Igrzysk. Choć sprawy nieco się komplikują, i nie idą po najprostszym z możliwych torów, a zaskakujące jest, przynajmniej dla mnie, zwłaszcza zakończenie.
Spodziewałam się czegoś ze schematu harrypotterowego. Napięcie narasta, narasta, narasta, kulminacja, a potem bum, Harry w szpitalu, Dumbledore wszystko wyjaśnia, udało się, zwyciężyliśmy, jest sielsko, jemy sobie słodycze, a przyjaciele przychodzą się pouśmiechać.
A tutaj nie. Choć wydaje nam się, że już-już za chwilę będzie szczęśliwy koniec i zwycięstwo, sprawy się jeszcze komplikują. I to nie raz, a dwa razy. Koniec książki wcale nie rozładowuje napięcia, nie ma żadnego "i żyli długo i szczęśliwie". A właśnie. Wątek quasi-miłosny. Nie przekonuje mnie, jest taki bardzo nastoletni. Tak, wiem, że to przeżycia nastolatków, ale niestety brzmi też jakby wymyślał to nastolatek. Chociaż na szczęście nie ma "i żyli długo i szczęśliwie".
Sam motyw Igrzysk interpretowaliśmy z braćmi na różne sposoby. No wiadomo, kultura coraz bardziej kretyńskich i odrażających reality-show, podglądania ludzi, podpuszczania ich, by skakali sobie do oczu, ale, co ciekawe, bez aspektu komercyjnego. Ale i szerzej po prostu okrutny show-business, nastawiony na to, jak kto wygląda i z kim się pokaże, a nie kim jest. Również - po prostu nasza kultura, karmiąca się ludzką tragedią, sensacją, życie życiem gwiazd. Ale i codzienna współczesna rzeczywistość, z wszechobecnymi kamerami i inwigilacją.
Niby tak kiepsko napisane, a jednak ile możliwości interpretacyjnych!
I tak bardzo wciągające... Może jestem typowym członkiem naszej zdegenerowanej kultury, i dlatego tak bardzo chcę dowiedzieć się, kto kogo jak przechytrzy, jak to rozwiążą, co z tym zrobią, zabiją, nie zabiją, zachowają godność czy nie. Może jestem jak mieszkanka Kapitolu, tylko że nie mam aż tak kretyńskich kolorowych strojów. W sumie to aż mi trochę wstyd, że tak bardzo mnie to wciągnęło, tak bardzo, że nie mogłam się oprzeć, i najszybciej jak się dało sięgnęłam i po następną część (choć jak wszystkim wiadomo, cierpię ogólnie na deficyt wolnego czasu, ale średnio się tym przejmuję, bo jestem rozbrajająco niefrasobliwa). Daję autorce szansę na rozszerzenie kilku wątków w kolejnych częściach - intryguje mnie np. relacja Katniss z matką, dość oryginalnie wymyślona, ale jednak póki co niepogłębiona. Bo nie wydaje mi się, aby udało jej się wybrnąć z opisanych już uproszczeń w świecie przedstawionym, i sprawić, że w kolejnych tomach nabierze to więcej kolorów i sensu.

Zdjęcie z: http://hungergamesdwtc.net/2013/06/jennifer-lawrence-wins-saturn-award-for-the-hunger-games/

Igrzyska śmierci, reż. G. Ross

Po książce obejrzeliśmy film. Wiadomo, Jennifer Lawrence taka fajna, wow, uszanowanko. Katniss w książce nie budzi zbyt wielkiej sympatii, do tej filmowej mam jej więcej - może właśnie ze względu na Lawrence. Poza tym sceny tego całego kapitolińskiego blichtru kojarzą mi się bardzo z filmikami po gali Oscarów, na których aktorka niezmiernie bawi mnie swoją rozbrajającą niefrasobliwością. Film przełamuje pierwszoosobową narrację, w ciekawy sposób pokazuje Igrzyska od strony organizatorów (te wielkie multimedialne plansze, ta cała zabawa ludzkim życiem), ale i nieco szerszy kontekst nastrojów społecznych w całym państwie (to, jak już wiem, inspiracje z drugiego tomu). I chociaż tutaj już dokładnie wiedziałam, jak się sprawy potoczą, to i tak film bardzo mnie wciągnął. Tak, zdecydowanie jestem jak typowa mieszkanka Kapitolu emocjonująca się powtórkami z dobrze jej znanych Igrzysk. Chociaż mam wrażenie, że w samej końcówce nieco poprzeinaczali. Żeby było bardziej hollywoodzko.

niedziela, 20 października 2013

Brudne sprawy Rowling

http://static.guim.co.uk/sys-images/Guardian/Pix/pictures/
2012/10/2/1349204632853/JK-Rowlings-The-Casual-Va-008.jpg
Trafny wybór, J.K. Rowling. To książka, po którą sięgnie pewnie każdy dorosły, który jako dziecko lub nastolatek raczył się siedmioma tomami przygód Harry'ego Pottera. Chociaż wiedziałam, że z magicznym światem ta nowa powieść autorki sagi o czarodzieju nie ma nic wspólnego, to i tak ciekawość "co też nowego napisała Joanne Rowling" była we mnie ogromna. Zaspokoiłam ją wsiąkając na kilka wieczorów w szarobury świat miasteczka Pagford.
Oczyma wyobraźni widzę Rowling, która siada przy kartce papieru lub klawiaturze komputera (bo zakładam, że teraz już nie pisuje na serwetkach w kawiarni, jak głosi pewna edynburska legenda miejska), kilka tygodni po premierze ostatniego tomu przygód Harry'ego, już nieco wypoczęta, zaciera ręce i mówi "ha, a teraz napiszę książkę, w której umieszczę wszystko to, czego nie mogło być w Harrym, bo czytały to dzieci". No i mamy. Trudne sprawy, brudne sprawy. Z rozdziału na rozdział coraz więcej, coraz mocniej. Masturbacja, kopulacja, narkotyki, samobójstwa, gwałty, pedofilia. Oj, grubo. Chwilami miałam dość tego brudu, a jednak czytałam dalej. Bo, jak napisano na okładce w cytacie z The Economist, "opowiadanie historii jest jednym z największych atutów autorki". Opowiedziana historia wielu mieszkańców miasteczka wciąga, i jest doskonałą okazją do przekazania paru celnych diagnoz ludzkich zachowań. Rowling umie to robić.
Mimo wszystko myślę jednak, że książce dobrze zrobiłoby, gdyby zeskrobać z niej trochę tego brudu. Chyba że autorka rzeczywiście potrzebowała odskoczni od magicznego świata, i wskoczyła w naturalizm. Wciągające, acz męczące. Na pewno sięgnę po kolejne książki Rowling, choć wolałabym, żeby nie były aż tak brudne.
Swoją drogą, najpierw Harry, tutaj mówi się głównie o Barrym. Idę o zakład, że w kolejnej części będzie Larry.

sobota, 19 października 2013

żyję się

Jestem dobrej myśli. Skoro przeżyłam ten tydzień, napakowany obowiązkami na dwóch kierunkach, w nagłej intensywnej pracy, i na nagłym intensywnym wolontariacie, i mniej więcej wszystko ogarnęłam, to znaczy że można. I że w tygodniach mniejszego obciążenia tym bardziej dam radę. A chyba nie będzie już aż tak intensywnie. Rozważnie, a nie romantycznie, Marianno. Nie bierz zbyt wiele na siebie.
Nawet będąc nieprzygotowanym na zajęcia, można na nich zdobyć plusika za aktywność. Choć przyznam, nie czuję się z tym najlepiej, trochę jakbym kogoś oszukała. Ale jako żywo pamiętam sytuację na zajęciach, w trakcie których naprawdę przysnęłam, a i tak moja aktywność została doceniona. No cóż.
Na inne zajęcia też przyszłam nieprzygotowana. A tu akurat niezapowiedziane wyjście. Znów się upiekło.
Zgubiłam słuchawki. Bez słuchawek jak bez ręki.
Zgubiłam rękawiczkę. Bez rękawiczki też trochę jak bez ręki, zwłaszcza gdy chodzi o rękawiczki rowerowe, bo ręka może przemarznąć i odpaść, a wtedy to już naprawdę jak bez ręki. Na szczęście mam w szufladzie inną rękawiczkę, której para też została kiedyś zgubiona. Jakoś je do siebie dopasuję. A jako iż postmodernistyczna kultura nie robi nic innego, tylko wciąż cytuje samą siebie, to ja też się do siebie odwołam.
Pojawia się znany strach przed tematem i pisaniem pracy dyplomowej. W moim przypadku to chyba już jakaś jednostka chorobowa.
Dziwna sytuacja na zajęciach, kiedy prowadzący na informację o tym, że pisuję tu i tu, odpowiada: "A rzeczywiście, kojarzę jakieś pani teksty".
A właśnie, teksty. Jednym z obowiązków tego tygodnia była praca w redakcji Kuriera Festiwalowego podczas Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Lalek "Spotkania", i w związku z tym można mnie trochę poczytać na znanych (!) portalach teatralnych. Tutaj podrzucam linki z www.teatrdlawas.pl, bo to wygodniejsze, ale te same teksty są i na www.e-teatr.pl (!). Tak, jaram się.
Wywiad, który wraz z koleżanką przeprowadziłyśmy z Dyrektorem Teatru Baj Pomorski, panem Zbigniewem Lisowskim.
Recenzja z premiery spektaklu "Brygada Misiek".
Recenzja ze spektaklu "Kopciuszek".
Recenzja ze spektaklu "Dziób w dziób".

O teatrze ogółem jeszcze tu coś napiszę na tzw. "dniach". Zdecydowanie jest o czym pisać. Na dniach jeszcze parę słów o "Trafnym wyborze" JK Rowling.

Pisze się, ogląda się, czyta się, słucha się, nawet się pracuje. Żyję się! Choć przyznam, że dopiero się tego uczę.

A pisałam już, że Stories from the city, stories from the sea PJ Harvey to najlepsza płyta ever?


niedziela, 6 października 2013

shoty - Czarodziejska Góra, Czas na miłość, Copernicon, trailer AmbaSSady

Czarodziejska Góra, T. Mann
Przebrnęłam! Dwa poważne tomiska kusiły mnie już od dawna, no i chyba po prostu wypada chociaż coś (Tomasza) Manna przeczytać. To zdecydowanie dobra literatura. Niewiele się tam dzieje, często przez kilkadziesiąt nawet stron zupełnie nic. Bo gadają. Dysputują. Przyznaję, nie jestem fanką filozofowania. Prawdopodobnie jestem na to zbyt ograniczona. Po prostu, źle mi się filozofię czyta, źle mi się (o) filozofii uczy. I tutaj też: lepiej czytało mi się o tym całym życiu w uzdrowisku - opisy osób, relacji, miejsc, "przygód", niż dyskusje pomiędzy Settembrinim a Naphtą. A i tak całość zasługuje na uwagę. I podziw. Jak trochę odpocznę od stylu Manna, to pewnie sięgnę i po inne jego powieści.

Czas na miłość, reż. R. Curtis
Generalnie zgadzam się z tym, co na ten temat pisał zwierz kulturalny. Gdyby nie recenzja zwierza, to bym na ten film nie poszła. A poszłam i nie żałuję! Idealny uspokajacz po nerwowym dniu. Taki uroczy, ale nie do porzygu, i zabawny. I to wcale nie komedia romantyczna! Trzeba być polskim dystrybutorem, aby "About time" przetłumaczyć na "Czas na miłość". W tytule angielskim zwracamy uwagę na "czas". W naszym - na "miłość", a to ten czas, a nie miłość romantyczna odgrywa tu najważniejszą rolę... Jeśli mowa o roli - najlepszy jest Bill Nighy jako ojciec. Ale na uwagę zasługują też dziwaczne postaci przyjaciela dramaturga, i nieobecnego duchem wujka. I ta piosenka.

Uczestniczyłam kilka tygodni temu w jednym dniu Festiwalu Gier i Fantastyki "Copernicon", o czym można przeczyta tutaj.

A widzieliście ten filmik?
Bo ja jestem ZACHWYCONA. Pomysłem, wykonaniem, odwagą. Absurdem. Promowanie komedii o Hitlerze filmikiem, na którym wraz z Ribbentroppem śpiewa on "Sen o Warszawie" Niemena, na dodatek w sposób zerżnięty z bardzo słynnego internetowego nagrania piosenki Gotye. Gdy nie nawiązujemy już do Gotye, a do tych, co nawiązywali do Gotye, to Marianna jest zachwycona.

środa, 4 września 2013

Tom Szaman i czarodziejska góra

A: Tyle spędziłaś czasu na czytanie, a ciągle te same książki, Jeżycjada, Ania z Zielonego Wzgórza po 10 razy, bez sensu. Mogłabyś w tym czasie tyle klasyki przeczytać!
Ja: Przecież teraz czytam klasykę! W tym momencie, dla przykładu, Czarodziejską Górę Tomasza Manna.
M: Toma Szamana?

czwartek, 29 sierpnia 2013

suits i inne wartości

Potrzebowaliśmy z NJMŁ serialu na wakacje. Nie wiedzieć czemu, padło na Suits - W garniturach. I wciągnęło nas! Nadrobiliśmy dwie serie, teraz trzecią oglądamy na bieżąco.
Taka przyjemna rozrywka. Dobre niegłupkowate poczucie humoru, świetne ładnie ubrane postacie, ciekawa akcja.
Majaczy mi gdzieś z tyłu: a wartości? Mógłby nawet powstać taki post na tym drugim blogu... Wartości zupełnie nie moje. Oszukiwanie klientów i współpracowników, palenie marihuany jako coś zupełnie normalnego, seks bez zobowiązań. Marianno, co ty oglądasz? I jeszcze pozwalasz na to młodszemu bratu?
Tylko że... To tylko serial. Chętnie oglądam Suits, ale nie pochwalam takiego zachowania, i nie będę zachowywać się jak bohaterowie serialu. Czytałam Harry'ego Pottera, zafascynowana nie czarną magią, ale bajecznym światem, mieszkaniem w zamku, chodzeniem w mundurkach i przygodami oraz przyjaźnią głównych bohaterów. Zdarza mi się słuchać Nirvany, bo Nevermind to świetna płyta, która po prostu brzmi dobrze, do której dobrze mi się skacze, pozbywając się emocji, ale Kurt Cobain, znany szerzej w pewnych kręgach jako heroinista i samobójca, nie jest moim autorytetem.
To tylko serial. To tylko książka. To tylko płyta z muzyką. Nie wpłyną na mój światopogląd, nie zmienią mojej osobowości. To tylko rozrywka.

Swoją drogą, Suits to serial o prawnikach. Seriali prawniczych jest multum. Znam też seriale o lekarzach, o policjantach i innych agentach, o żołnierzach, nawet o księżach... A czy jest jakiś fajny serial o dziennikarzach? Oglądałabym!

wtorek, 20 sierpnia 2013

kilka tygodni z L.M. Montgomery

Tak się złożyło, o czym dowiedziałam się po lekturze ostatniej z przeczytanych ostatnio i omawianych tu poniżej książek, że dwie pierwsze to jedyne wydane przez L.M. Montgomery powieści dla dorosłych. Natomiast dwie pozostałe - to jej pamiętnik i biografia. Co prawda, pamiętnik dotyczy lat dzieciństwa i młodości, ale i tak polecałabym go raczej dorosłemu czytelnikowi. Podsumowując, dążę do tego, aby stwierdzić, że oto w tej notce to tak jakby L.M. Montgomery dla dorosłych.

zdjęcie Maud Montgomery pochodzące z wikipedii, wrzucone tutaj z powodu silnej potrzeby zilustrowania jakoś tego wpisu



Błękitny zamek - czy tego nikt jeszcze nie zekranizował? Wydaje mi się, że to idealny materiał do sfilmowania! Bohaterka, wyszydzana stara panna, na początku nieco mnie wkurzała, taka rozmemłana i bez życia.
Niezbyt dobrze jej się spało. Nic dziwnego zresztą, że się źle sypia, kiedy się ma nazajutrz skończyć dwadzieścia dziewięć lat, a przy tym jest się wciąż panną, w środowisku, gdzie nie wychodzą za mąż tylko te, które po prostu nie mogą dostać męża.
Jednak pewna wiadomość sprawia, że zaczyna ona żyć po swojemu, nie przejmując się innymi, przede wszystkim - tłamszącą ją rodziną. Wychodzi nawet za mąż (no wiadomo, w innym wypadku nie zrealizowałaby się życiowo, nie?), ale para ta nie jest taka typowo montgomerowska. Co więcej, ślub wcale nie jest cudownym zakończeniem, rozkosznym rozwiązaniem wszystkich wątków, i żyli długo i szczęśliwie. Tu dzieje się dużo więcej. Intryga jest dość nietypowa, na koniec jeszcze trochę bardziej pogmatwana, niż by się wydawało (ale nie wiem, czy to było konieczne).
Mi czytało się dobrze. Za to mojej Mamie i Babci - znakomicie! Obie zachwycone, połknęły "Błękitny zamek" w ciągu 1-2 dni.
Hej Ty! Spełniaj marzenia, nie przejmuj się tym, co mówią inni, i żyj własnym życiem!

czwartek, 18 lipca 2013

szoty kulturalne, czyli nadrabiamy zaległości

są rzeczy ważne i ważniejsze, w związku z czym blog leżał ostatnimi czasy odłogiem. czas nadrobić zaległości w kulturalnych opisach. nie będzie długich dygresyjnych analiz. tak tylko po odrobince, aby pozbyć się zaległości. trochę wzorem shortów kulturalnych tattwy (do teraz byłam przekonana, że to są shoty, a nie shorty! ciekawe. bo to taki shot na raz, no!)

filmowo:
Vinci, Vabank, Vabank 2 - obejrzane po kilkakroć z okazji pisania pracy na Analizę Filmu dotyczącej Vinci, a trudno pisać o Vinci bez odniesienia się do Vabanków. Co tu dużo mówić, Juliusz Machulski daje radę, zwłaszcza w tego typu komedii kryminalnej.

Avengers - nadal nie wiem co mi się stało, że zaczęłam tak chętnie oglądać filmy o superbohaterach. Ale one są naprawdę spoko! Mimo iż nie zachwyca mnie jakoś wybitnie ani Robert Downey Jr., ani Tom Hiddleston. 

Przypadkowy mąż - Wielkie zdziwienie nr 1: co robi Javier Bardem w takim typowo komedioworomantycznym filmie? Wielkie zdziwienie nr 2: TO NIE JAVIER BARDEM, tylko gość do niego łudząco podobny! I w sumie to spostrzeżenie przyćmiło mi całą resztę filmu. Komedioromantyczny, i jak na taki nawet całkiem przyjemny. O wyższości zarośniętego, lekko gburowatego, inteligentnego faceta w wyciągniętym podkoszulku i jeansach nad typowo colinofirthowym nerwowym elegancikiem w garniturku. True story!

Sztuka zrywania - zaskoczenie! Spodziewałam się po tym wszystkim cukierkowo słodkiego zakończenia. A tu jednak nie! Ten aspekt zdecydowanie na plus. Reszta bez szału. Bohater jest Polakiem, co podkreśla się ubierając go stale w koszulki z orzełkiem, a nazywa się Gary Grobowski. Zmieniłabym jednak na Grabowski, to jakieś takie bardziej znajome. No i ten Gary. Ilu znacie Polaków noszących to imię wywodzące się, jak podaje wikipedia, z języków staroangielskiego i germańskiego? Bo ja niewielu. Trochę wtopa.

Rejs - och, urocze. Absolutnie wpisuje się w moje poczucie humoru. I tak, widziałam ten film po raz pierwszy. I tak, obchodzę urodziny tak jak Kaowiec i Stanisław Tym w lipcu. Znaczy w połowie lipca. Właściwie w drugiej połowie lipca. Właściwie dokładnie 17 lipca.

książkowo:
"Erynie" Marka Krajewskiego – ależ mnie wciągnęło! Chociaż końcówka nieco traci na wartkości, czytało mi się to bardzo dobrze. Chyba muszę zacząć sięgać po kryminały. Usunęłabym niepotrzebną moim zdaniem współczesną klamrę kompozycyjną, i sam tytułowy motyw Erynii – bogini zemsty też wydał mi się jakiś taki wydumany. Sama historia, bez tych upiększaczy, też by się broniła, na moje – nawet lepiej. Jednak największe zastrzeżenia mam do tylnej okładki. Powinna być dopracowana w najmniejszych szczegółach, prawda? Przecież biorąc książkę w księgarni do ręki, odwracamy na tyły i sprawdzamy, co tam napisali, czy nas zachęci. A tu klops.
Lwów, maj 1939 roku. W strasznych męczarniach ginie mały chłopiec. Wieść o rytualnym mordzie dokonanym przez Żydów obiega miasto. Wybucha panika. Czyje dziecko będzie następne? Wszyscy liczą na komisarza Edwarda Popielskiego.
Czy to nie brzmi tak, jakby wszyscy życzyli komisarzowi jak najgorzej, żeby to jego dziecko było następne? A zdecydowanie nie o to chodzi. Klops. „Wszyscy liczą na to, że komisarz Edward Popielski weźmie sprawę w swoje ręce i zapobiegnie kolejnym mordom.” Simple as that.

„Patty” i „Patty i Priscilla” Jean Webster – niestety nie umywają się do wcześniej opisywanych przeze mnie powieści epistolograficznych “Kochany Wrogu” i “Tajemniczy opiekun”. Płyciutkie, bez fabuły, wydały mi się wyrwane z całej historii – „Patty i Priscilla” dotyczy ostatniego roku pobytu dziewcząt w college’u, co czyta się trochę dziwnie, bo chcielibyśmy razem z bohaterkami poznawać ten świat, a nie wchodzić do już przez nie zdefiniowanego. To takie przyjemne opowiastki pensjonarskie, mnie jednak  wkurzała główna bohaterka, z tym jej konfabulowaniem, z tym że jej wszystko uchodziło na sucho, jakoś to mało wychowawcze. Brak w tych książkach głębi.

Wyjdź do światła! Przesłanie świętego grzesznika, Joachim Badeni OP, J. Syrek. Niewielkich rozmiarów książeczka, zawierająca wyjątki z konferencji i kazań ojca Joachima Badeniego. Takich nam kurczę ludzi w Kościele potrzeba, świętych swoją normalnością, normalnych swoją świętością. Sporo anegdotek, ciekawych spostrzeżeń. Taki zbiór historyjek do opowiadania w rozmowach na temat wiary, do urozmaicenia kazań. I tak też to sobie przyjemnie czytałam, ale okazało się, że sporo z tego zostało we mnie. Na pewno jeszcze wrócę do świętego grzesznika.

Papież Franciszek. Kard. Jorge Mario Bergoglio. Chciałbym Kościoła ubogiego dla ubogich. Książka na zasadzie – wydajmy coś szybko o papieżu Franciszku. Tak szybko, że nawet akapity dzielone są w trakcie zdania, że trudno oddzielić komentarz od wypowiedzi papieża, że ma się wrażenie, że zostało tam wrzucone wszystko, co tylko się dało, wszystkie papieskie wypowiedzi do dnia wydania książki, i zabrakło czasu na korektę i selekcję. Te wszystkie mankamenty tyczą się przede wszystkim drugiej części książki. Pierwsza – sylwetka papieża, wywiad na jego temat z kardynałem Zenonem Grocholewskim i jezuitą ks. Andrzejem Koprowskim, oraz podobno co ważniejsze przemówienia kardynała Bergoglio z lat 2009-2013 są naprawdę ciekawe (i lepiej zredagowane!), pozwalają poznać styl obecnego papieża, pokazują to, co dla niego było istotne przed wyborem (chociaż mam wrażenie, że mogło tu dojść do pewnych manipulacji i wyboru tekstów zwracających szczególną uwagę na problemy społeczne, zgodnie z tytułem książki). Im bliżej konklawe z 2013 r., tym bardziej znów mam wrażenie, że nie czyniono już selekcji, a wrzucano wszystko co się da. Jeśli chodzi o końcowe przemówienia, to my to już wszystko przecież znamy. Pierwsze wypowiedzi papieża cytowane były wszędzie, część z nich widziałam w telewizji, część czytałam w internecie. No ale pewnie, że piękne słowa tam padają. Wiele do zapamiętania.

Smutek to zło pochodzące z ducha tego świata. Lekarstwem na nie jest radość. Ta radość, którą tylko Duch Jezusa może dać, i to w taki sposób, by nic i nikt nie mógł jej zabrać. 
Dobrego obiadu!


niedziela, 16 czerwca 2013

Jean Webster w listach


Jean Webster - "Tajemniczy opiekun", "Kochany Wrogu"


"Tajemniczego opiekuna" znam w zasadzie od zawsze, to jedna z tych babskich książek, którymi w dzieciństwie i wczesnych latach nastoletnich zaczytywałam się do granic możliwości. Niedawno dzięki zwierzowi popkulturalnemu dowiedziałam się, że jest kolejna część! I przeczytałam, dwa razy. Trochę będę tutaj spoilerować, wiec jeśli ktoś nie czytał "Kochany wrogu" a chciałby, to ja właśnie ostrzegam, że przez czytanie dalej można sobie uniemożliwić uzyskanie frajdy z obcowania z tą książką.

piątek, 19 kwietnia 2013

Mroczny rycerz powstaje, komiksowe blogerki i Matka Teresa, czyli post zbiorczy.


film.wp.pl / Ktokolwiek usłyszy, jak A. parodiuje głos Batmana,
już nigdy nie będzie go traktował poważnie. Batmana. Nie A.
Mroczny Rycerz powstaje Christophera Nolana to film trochę przydługi. No i ma ten sam mankament, który dostrzegłam też w Batman: początek – brak Heatha Ledgera w roli Jokera. Tom Hardy i jego Bane nie ma tej klasy, którą prezentował nam Joker, no niestety. I tak trzeba się cieszyć, że Nolan ma rozsądek i nie zdecydował się mimo śmierci aktora powrócić do postaci Jokera. W pozostałych rolach: Gary Oldman, Morgan Freeman i Michael Caine zawsze spoko, ale też nie byli tak awesome jak w poprzednim filmie. Kobieta-Kot w wykonaniu Anne Hathaway niestety zupełnie mi nie odpowiada, Hathaway pasuje do niewinnych dziewcząt, które sprzedają włosy, by uratować córeczkę, a nie do przebiegłych zwinnych oszustek w kocim przebraniu. Marion Cotillard znowu przerażająca jak w Incepcji, a Joseph Gordon-Levitt znów fantastyczny jak w Incepcji. Do tego gościa świetnie pasują właśnie takie role. Sam Batman trochę rozmemłany. I chyba nigdy nie zrozumiem, dlaczego on mówi tym kretyńskim głosem, a teraz jeszcze i Bane, bardzo mnie to bawi i sprawia, że nie traktuję ich poważnie… Gorszy niż Mroczny Rycerz, lepszy niż Iron Man.

Oglądaliśmy ten film z NJMŁ 16 kwietnia. Skończyliśmy przed północą, odłączyliśmy kabelek HDMI od telewizora, i włączyło nam się TVN24. W filmie szaleniec terroryzuje miasto Gotham i m.in. podkłada bomby pod boisko i detonuje je podczas bardzo ważnego meczu rugby czy też innego futbolu amerykańskiego. W tym samym czasie w telewizji pokazują to, co dzieje się w Bostonie, gdzie jakiś szaleniec podłożył i zdetonował bomby w okolicy mety bardzo ważnego maratonu. Przerażające.

Było się ostatnio też na spotkaniu z komiksowymi blogerkami, Revv z Tak Bardzo Źle i Iloną Kobietą Ślimakiem z Chaty Wuja Freda. Nawet mi obie panie narysowały muchy! A relacja ze spotkania tutaj, naKulturalnym Toruniu.

Przeczytałam różnymi skokami Wszystko zaczyna się od modlitwy. Rozważania Matki Teresy o życiu duchowym dla wyznawców wszystkich wiar. Zbiór krótkich cytatów, inspirujących, często powtarzających w zasadzie to samo, ale może to i dobrze, to, co powtarzane po wielokroć, lepiej zapada w pamięć. Cisza, modlitwa, miłość względem bliźniego.
Owocem modlitwy jest wiara; owocem wiary jest miłość; owocem miłości jest złużba; owcem służby jest pokój".
Mam tylko zastrzeżenia do tego podtytułu "dla wyznawców wszystkich wiar". Kiepski chwyt marketingowy. No bo czy rzeczywiście do wszystkich wiar możemy odnieść, dla przykładu:
Zaczynaj i kończ dzień modlitwą. Zbliż się do Boga tak jak dziecko. Jeśli trudno ci sie modlić, możesz mówić: "Przyjdź Duchu Święty, prowadź mnie, strzeż mnie, oczyść mój umysł, bym mógł się modlić".
? 

czwartek, 21 marca 2013

reni muchis

Parafrazując klasyka (klasyczkę?) - kiedyś się ogarnę, ogarnę się, po prostu się ogarnę, tylko nie wiem czy jestem coraz bliżej...

Póki co - oto link do mojej pierwszej filmowej recenzji na Kulturalnym Toruniu. Wzięłam się za film Dzień Kobiet Marii Sadowskiej, porównywany często do Erin Brockovich, i tego wątku nie mogło zabraknąć w moim tekście. Bo Julia Roberts, wiadomo.

Kulturowo tyle się dzieje, że nie nadążam. Naukowo też nie nadążam. Nie nadążam również za fabułą w słuchanym audiobooku Pride & Prejudice - czytałam to zaledwie ze 3 razy, nie to co cykl o Ani z Zielonego, więc jest trudniej, ale słuchanie tych samych rozdziałów po kilka razy też ma swój urok. Można na przykład wyłapać takie oto ujmujące zdania, jak to poniżej. Bo to naprawdę bywa niebezpieczne!
He began to feel the danger of paying Elizabeth too much attention.

sobota, 2 marca 2013

zawszone narody

Obdarz pokojem zawszone narody, Ciebie Prosimy...
Ok, nie jestem pewna, czy lektor powiedział "zawszone", czy też było to "zwaśnione" brzmiące na "zawszone" z powodu kiepskiej dykcji. Może to też wpływ słuchania ostatnio Rilla of Ingleside, tam i wszy w okopach, i zwaśnione narody, a ta powieść od zawsze miała tendencje do wbijania mi się w psychikę. W każdym razie, wczoraj w kościele słyszałam "zawszone".

środa, 20 lutego 2013

polemika krytyka polityczna jeżycjada

Oto artykuł z Krytyki Politycznej o Jeżycjadzie. Jak widzę krytykę polityczną, to mi się też od razu włącza krytyka i polemika. Od razu.
Już w lidzie tego tekstu mamy: byłe fanki (obojga płci). Fanki obojga płci? To chyba nie tak jak trzeba, nie? Fanki mogą być tylko jednej płci, przepraszam bardzo. A fani mogą być obojga płci, ewentualnie większej ilości płci, jak kto uważa, bo nie o tym w tej chwili. Ale fanki obojga płci być nie mogą.
Każda książka jest gorsza od poprzedniej - nieprawda. Najgorsza jest Czarna polewka, teraz jest lepiej. Ale to rzecz gustu.
Och, jakie to straszne, że tam się w Jeżycjadzie pojawia modlitwa, wspominana aż dwa razy w jednym akapicie tego artykułu! Najzabawniejsza jednak jest konstatacja na końcu akapitu, mówiąca o dwóch konserwatywnych atrakcjach - weselu i Bożym Narodzeniu. Hahah, zawsze byłam zdania, że ateiści (i tak dalej) nie powinni obchodzić Wigilii, mogą być wtedy w pracy, bo to przecież dla nich żadne święto. Nie patrzyłam do tej pory w ten sposób na wesela (może dlatego, że dla mnie wesele to żadna atrakcja, a wręcz przeciwnie - nieprzyjemna konieczność), ale chyba zacznę. Cóż za okropna, konserwatywna atrakcja.