I: spójnik przyłączający zdanie o treści niezgodnej z tym, co można wnioskować na podstawie zdania poprzedzającego;
II: partykuła komunikująca, iż to, o czym mowa w zdaniu, jest niezgodne z przewidywaniami mówiącego.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatralnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teatralnie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 4 stycznia 2014

kulturalne podsumowanie 2013 r.

Jupijej, w 2013 roku przeczytałam więcej książek niż w roku poprzednim! Drobny sukcesik. W 2012 były to 23 pozycje, w 2013 - 28 książek (a jedną z nich przeczytałam dwa razy). W sumie też bez szału, ale jednak więcej. Oprócz tego mam na swoim koncie 5 przeczytanych dramatów powyciąganych z rożnych zbiorów, 4 książki, które przeczytałam w tym roku, ale czytałam je już wcześniej, więc nie podliczam, żeby nie oszukiwać, i 10 przesłuchanych audiobooków (też o 2 więcej niż rok temu).
Dwie z nich dotyczą Marca Chagalla, co należy wiązać z pisaną przeze mnie na początku roku pracą zaliczeniową na temat jednego z jego obrazów. Oprócz tego trochę innych naukowych rzeczy z okazji różnych zaliczeń - a to o teatrze, a to o sztuce, a to właśnie te dramaty na egzamin) Odkryłam w tym roku, że Jean Webster napisała nie tylko "Tajemniczego opiekuna", którym zaczytywałam się we wczesnych latach nastoletnich, ale również i kontynuację "Kochany wrogu" (i to właśnie tę książkę przeczytałam dwa razy, żeby zapamiętać lepiej przed oddaniem do biblioteki i przed odsłuchaniem audiobooka). Zakręciłam się też dość poważnie wokół nieznanej mi wcześniej literatury L.M. Montgomery i o L.M. Montgomery (w sumie 5 pozycji). Stałam się właścicielką dwóch pozaharrypotterowych książek autorstwa J.K. Rowling, które czytało się obie bardzo dobrze, ale zdecydowanie bardziej zaprzyjaźniłam się z detektywem Cormoranem Strike'm i jego sekretarką Robin z "Wołania kukułki", czekam na kontynuację. Żałuję, że nie mam już na co czekać w sprawie kolejnych części "Igrzysk śmierci" - całą trylogię połknęłam, i mimo pewnej miałkości chciałoby się jeszcze. Chyba też odkryłam, że lubię kryminały - czy to właśnie wspomniane "Wołanie kukułki", czy "Erynie" Krajewskiego... I mam plany, by trochę w związku z tym poczytać sobie różnych klasyków kryminału. Dwie książki dotyczą radiowej Trójki, to poniekąd w związku z moją magisterką, ale jednak bardziej dla siebie samej. I dwie książki o. Joachima Badeniego. Trafia do mnie. Przemęczyłam też "Czarodziejską górę" Manna, bo wypada znać.
Ogólnie to całkiem przyjemna lista mi w tym roku powstała.

Jeśli chodzi o filmy, to naprawdę sporo w tym roku chodziłam do kina. Chodzenie do kina jest super. Ale i sporo filmów obejrzałam w domu. Nie wierzę własnym oczom, że lista tych, które obejrzałam i opisałam w tym roku wynosi, uwaga, 50 filmów. W poprzednim roku było to zaledwie 23 pozycji. Jestę kultoroznawcą. A ta 50tka to i tak nie wszystko, bo są jeszcze i chociażby dwa ostatnio widziane filmy, których nie opisałam, bo o nich nic już nie da się powiedzieć - "Ojciec chrzestny" i "Gorączka", czy oglądane już po raz któryś "Vinvi", "Notting Hill", "To właśnie miłość"... Jak tak sobie podliczam dalej, to wychodzi na to, że w kinie byłam w tym roku 22 razy. Ładny wynik. Z tej racji oglądałam w tym roku głównie najnowsze pozycje. Zarówno polskie, jak i zagraniczne. Ale i starsze klasyki. "Rejs" chociażby. Czy właśnie "Ojciec chrzestny".
Część tej ponad 50tki to filmy, jakie oglądałam w związku z zajęciami z kina amerykańskiego po 89 r. W ten sposób odkryłam reżyserię Christophera Nolana, i wraz z NJMŁ obejrzeliśmy wszystko, co się dało w tym temacie. Nolan mistrz. Oprócz Nolana za filmowe wydarzenia tego roku mogę uznać: absolutnie urocze "Imagine" Jakimowskiego i "Czas na miłość" Curtisa. Strasznie trudno tak jakoś podsumować ponad 50 filmów. Spróbujmy liczbami. 3 bajki. 16 filmów polskich. 1 musical. 5 filmów o superbohaterach. 4 filmy z Robertem De Niro, 3 filmy z Jennifer Lawrence, 3 z Robertem Więckiewiczem. Sporo gniotów, ale i bardzo wiele fantastycznego kina. Filmowo rok bardzo udany.

Koncertowo mniej. W 2012 było ich 8, natomiast w 2013 byłam zaledwie na pięciu koncertach! Cztery z nich tu opisywałam, czwarty to występ zespołu Bethel. Mało. Jakoś tak. Ale za to - same udane!

Na pewno natomiast widziałam w tym roku dużo więcej spektakli teatralnych. Z racji zajęć, z racji praktyk, z racji festiwali. 11 spektakli teatralnych. A kilka z nich po kilka razy! A w zestawieniu dwóch teatrów toruńskich pod względem uzyskanej satysfakcji ze spektaklu wygrywa zdecydowanie "Baj Pomorski".

czwartek, 2 stycznia 2014

a 2013 był taki:

Trochę się boję, gdy mówią "oby 2014 był lepszy niż 2013". Bo zdecydowanie 2013 był lepszy niż 2012, gdyż 2012 był najgorszy do tej pory. 2013 był w porządku. Byłoby fajnie, gdyby tendencja nie zmieniała się znowu na spadkową, ale nie będę narzekać, jeśli 2014 będzie po prostu OK. Taki jaki był 2013.

W tym roku spełniłam kilka swoich marzeń.
Jednym z nich było, w zasadzie od zawsze, doświadczyć, na czym polega praca w teatrze. To trochę dlatego chciałam kiedyś zostać aktorką. W tym roku przez miesiąc miałam praktyki w teatrze "Baj Pomorski". To miejsce ma w sobie sporo magii, już nawet pomijając to, że kojarzy mi się z Narnią, bo wchodząc tam, wchodzi się do wielkiej szafy. O ile teatr "dorosły", dramatyczny, często pozostawia we mnie niesmak, o tyle teatr lalkowy, teatr dziecięcy jest magiczny. Miałam fascynującą możliwość obserwowania (i pilnowania) kilkuletnich dzieci podczas spektaklu. Ta ich dziecięca spontaniczność, której nam, dorosłym brakuje! Niesamowita sprawa. Miałam też równie fascynującą możliwość oglądania kilka razy tego samego spektaklu. Zazwyczaj ogląda się spektakl raz. Gdy widzi się go po raz drugi, trzeci, szósty, dostrzega się drobne różnice. Widz ponowny zauważa, że jest trochę inaczej. Widzi, jak aktorzy urozmaicają sobie grany od 20 lat spektakl; odczuwa, jak duże znaczenie ma fakt, czy na widowni siedzi 7 osób, czy 137; wyłapuje nawet drobne pomyłki twórców. Widzowi ponownemu włącza się analityk. Już nie tylko patrzy na opowiadaną historię, ale też znacznie bardziej na jej formę. Dostrzega, jak bardzo spektakl teatralny różni się od filmu. Wiadomo, przy ponownym oglądaniu tego samego filmu może zmienić się nasz odbiór, bo może zmienić się kontekst, ale istota dzieła pozostaje taka sama. W teatrze możemy obserwować, jak zmienia się samo dzieło. Kurczę, naprawdę fascynujące! Miałam nawet wrażenie, że tworzy to jakąś bliskość między twórcami, a widzem ponownym. Bo wy i ja wiemy, że tam miało być nieco inaczej, a oni, ci, co widzą spektakl po raz pierwszy, oni tego nie wiedzą, ha. Poza tym, cała ta teatralna praca z drugiej strony sceny... Całe to zaplecze przygotowywania spektakli, wydarzeń, festiwali. Gdy ktoś mnie pyta, to nie jestem w stanie odpowiedzieć, dlaczego tak bardzo mnie to fascynuje. Po prostu jest w tym magia. I czuję, że byłoby świetnie, gdyby dało się w przyszłości mieć udział w tej magii.

wtorek, 31 grudnia 2013

Szoty kulturalne z końcówki 2013 r.

Mam sporo kulturowych zaległości do opisania tutaj. Połknął mnie egzamin z teatru, to fakt, ale przecież! To było 11 grudnia, minęło sporo czasu! Powinnam dawno temu ponadrabiać. Ale potem był poegzaminowy odpoczynek, a potem były Święta. A w ogóle to trwał Adwent, i starałam się być codziennie aktywna na moim drugim katolickim blogu. No ale, miałam tutaj właśnie opisywać swoje kulturowe doznania, nie? Tak więc no.

Zaległości filmowe. Bo dużo się do kina chodziło. Kino w miłym towarzystwie to cudowna odskocznia od stresu!

Igrzyska śmierci: W pierścieniu ognia. reż. Francis Lawrence
Podjarana jak Dwunastka po nalocie Kapitolu stwierdzam, iż film był lepszy niż książka! (A do tej pory zdarzyło się to w dwóch przypadkach: Dziennik Bridget Jones - bo film był śmieszny, i Harry Potter i Więzień Azkabanu - bo w książce nie było Gary'ego Oldmana). Książkowe niedociągnięcia stylistyczne, czy też po prostu słabiutkie zdania czy motywy w filmie zostały wyeliminowane. I kurczę, mimo iż doskonale wiedziałam, co się stanie, bo książkę czytałam tuż przed, to i tak wciągnęło mnie bardzo. Aż do tego cudownego uczucia, kiedy zapomina się, że jest się w kinie, i człowiek czuje, jakby był tam o, na arenie. Och, i te cudne momenty, gdzie spod Katniss wyziera cudna Jennifer Lawrence i przewraca oczami *_*

Mój biegun, reż. M. Głowacki.
Czyli historia o Jaśku Meli. Szkoda, że kończy się przed tytułowym biegunem, myślę, że sfilmowanie wyprawy mogłoby wyjść ciekawie. A tak... Hm. Taka o, TVNowska biografia. Nie porywa jako całość, choć fragmentami (początek!) wzrusza. I Bartłomiej Topa w roli ojca... oj daje radę! A i Michał Musiał wypada w roli Meli całkiem nieźle. Braki są chyba gdzieś w scenariuszu.

Chce się żyć, reż. M. Pieprzyca
Tu natomiast dużo lepiej. Wiadomo, aktorstwo Dawida Ogrodnika powala na kolana. Historia też. Choć nie dołączam do tłumu absolutnie zachwyconych. Miało być chyba bardzo zwyczajnie, a zrobiło się momentami nieco wulgarnie, i nie wiem, czy słusznie.

piątek, 22 listopada 2013

Nosowska.zip i Andrzej Seweryn

Kolejne marzenie spełnione - koncert Kasi Nosowskiej. Ach.
Więcej achów w relacji na Kulturalnym Toruniu.

A dziś - monodram Andrzeja Seweryna "11 monologów". Klasa aktorska sama w sobie. Komediowo i na poważnie. Przerwa kilkanaście sekund i już jest inną postacią, co za gość. Sam jeden na scenie, on i krzesło, i przykuwa uwagę maksymalnie. Aktor przez wielkie A.

sobota, 19 października 2013

żyję się

Jestem dobrej myśli. Skoro przeżyłam ten tydzień, napakowany obowiązkami na dwóch kierunkach, w nagłej intensywnej pracy, i na nagłym intensywnym wolontariacie, i mniej więcej wszystko ogarnęłam, to znaczy że można. I że w tygodniach mniejszego obciążenia tym bardziej dam radę. A chyba nie będzie już aż tak intensywnie. Rozważnie, a nie romantycznie, Marianno. Nie bierz zbyt wiele na siebie.
Nawet będąc nieprzygotowanym na zajęcia, można na nich zdobyć plusika za aktywność. Choć przyznam, nie czuję się z tym najlepiej, trochę jakbym kogoś oszukała. Ale jako żywo pamiętam sytuację na zajęciach, w trakcie których naprawdę przysnęłam, a i tak moja aktywność została doceniona. No cóż.
Na inne zajęcia też przyszłam nieprzygotowana. A tu akurat niezapowiedziane wyjście. Znów się upiekło.
Zgubiłam słuchawki. Bez słuchawek jak bez ręki.
Zgubiłam rękawiczkę. Bez rękawiczki też trochę jak bez ręki, zwłaszcza gdy chodzi o rękawiczki rowerowe, bo ręka może przemarznąć i odpaść, a wtedy to już naprawdę jak bez ręki. Na szczęście mam w szufladzie inną rękawiczkę, której para też została kiedyś zgubiona. Jakoś je do siebie dopasuję. A jako iż postmodernistyczna kultura nie robi nic innego, tylko wciąż cytuje samą siebie, to ja też się do siebie odwołam.
Pojawia się znany strach przed tematem i pisaniem pracy dyplomowej. W moim przypadku to chyba już jakaś jednostka chorobowa.
Dziwna sytuacja na zajęciach, kiedy prowadzący na informację o tym, że pisuję tu i tu, odpowiada: "A rzeczywiście, kojarzę jakieś pani teksty".
A właśnie, teksty. Jednym z obowiązków tego tygodnia była praca w redakcji Kuriera Festiwalowego podczas Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Lalek "Spotkania", i w związku z tym można mnie trochę poczytać na znanych (!) portalach teatralnych. Tutaj podrzucam linki z www.teatrdlawas.pl, bo to wygodniejsze, ale te same teksty są i na www.e-teatr.pl (!). Tak, jaram się.
Wywiad, który wraz z koleżanką przeprowadziłyśmy z Dyrektorem Teatru Baj Pomorski, panem Zbigniewem Lisowskim.
Recenzja z premiery spektaklu "Brygada Misiek".
Recenzja ze spektaklu "Kopciuszek".
Recenzja ze spektaklu "Dziób w dziób".

O teatrze ogółem jeszcze tu coś napiszę na tzw. "dniach". Zdecydowanie jest o czym pisać. Na dniach jeszcze parę słów o "Trafnym wyborze" JK Rowling.

Pisze się, ogląda się, czyta się, słucha się, nawet się pracuje. Żyję się! Choć przyznam, że dopiero się tego uczę.

A pisałam już, że Stories from the city, stories from the sea PJ Harvey to najlepsza płyta ever?


piątek, 10 maja 2013

o nie, Ofelie

Ofelie, reż. Wiktor Rubin, Teatr im. Wilama Horzycy w Toruniu.

"Chyba nie lubię teatru postdramatycznego" - pomyślałam kulturoznawczo, czując się dumna z tego, że umiem użyć tego pojawiającego się często na zajęciach sformułowania. Utwierdzam się w przekonaniu, że dużo bardziej podobają mi się zawsze spektakle w Horzycy realizowane według dramatów, zwłaszcza - klasyków dramatu, lub też innej Wielkiej Literatury ("Hamlet", "Dzika kaczka", "Zbrodnia i kara", "Maria Stuart", "Dziady" czy nawet "Kaleka z Inishmaan" albo "Królowa ciast"), niż różne postdramatyczne wymysły. Może jestem staroświecka. A może po prostu trzeba dobrego tekstu, żeby mi się spodobało? Chociaż jestem w stanie przyjąć, że i ze słabego tekstu może powstać świetne przedstawienie. Ale tutaj czegoś zabrakło, chociaż do końca nie wiem czego.
Może jestem też staroświecka, próbując wszystko w teatrze odczytać jako znak (kłania się metoda semiologiczna...), a tutaj byłam tym zmęczona, bo nie udało mi się wszystkiego rozgryźć. Nie wiem, czy to ja jestem zbyt głupia, czy tam nie wszystko miało sens?
Chociaż same historie związków artystek i artystów, podporządkowania, plagiatu, dominacji ciekawe, momentami pokazane bardzo ciekawie, (mimo iż?) genderowo (facet grający Sylvię Plath. Nagi facet grający Sylvię Plath).
Tylko że kurczę wszystko to nie składa mi się w jakąś zgrabną całość. Wręcz przeciwnie, całość wychodzi jakoś tak bardzo niezgrabnie.

sobota, 13 kwietnia 2013

recenzjo-relacja "Królowej ciast:

'Teatrowania ciąg dalszy - tym razem, znowu w związku z zajęciami z analizy dzieła teatralnego, poszliśmy na  "Królową ciast" w Horzycy, a następnie na spotkanie z twórcami przedstawienia. A było tak, o. Klik.

piątek, 29 marca 2013

Teatr na Międzynarodowy Dzień Teatru

Wczorajsza data zmobilizowała mnie do wpisu. Tak, wczorajsza, miało być wczoraj, ale są rzeczy ważne i ważniejsze, no i nie wyszło. Nieważne, jest dziś.
Mieliśmy wczoraj Międzynarodowy Dzień Teatru, a ja ostatnio teatralnie i okołoteatralnie różnych rzeczy całkiem sporo oglądam. Wczoraj były też 50. urodziny Quentina Tarantino, więc równie dobrze mogłam się zmobilizować do wpisu o Django, ale musi jeszcze trochę poczekać. A więc, teatralnie. Bo złożyło się w ciągu ostatnich tygodni tak ciekawie, że miałam do czynienia z różnymi teatralnymi i parateatralnymi formami. Zaczęło się od wyjścia na spektakl festiwalowy "Sierakowski" Teatru Komuna Warszawa na alternatywnych spotkaniach teatralnych Klamra. Potem nieco przypadkowo zostałam zabrana na występy kabaretowe - stand-up Cezarego Pazury oraz skecze Kabaretów Skeczy Męczących. Następnie teatr instytucjonalny - spektakl "Dziady. Transformacje" w toruńskim teatrze Wilama Horzycy. Na koniec teatralnej passy - "Moralność Pani Dulskiej" w Teatrze Telewizji. A to wszystko poniekąd teatr! Ale jakże odmienny w formie, treści, estetyce!

Na spektakl "Sierakowski" szłam uprzedzona. Bo Komuna Warszawa brzmi wybitnie lewicowo, zwłaszcza w tym nazwiskiem w tytule. Bo teatry alternatywne do tej pory nie robiły na mnie pozytywnego wrażenia. Tu też wrażenie nie było jakoś bardzo euforystyczne, ale - było ciekawiej, niż się spodziewałam.
Obca jest mi idea przedstawiania Sławomira Sierakowskiego jako nadziei polskiej lewicy. Obce są mi w ogóle jakiekolwiek nadzieje polskiej lewicy. Ale pomysł, by pokazać możliwe losy przyszłości tego działacza jawi mi się jako świeży i ciekawy. Pozwala też twórcom - ideowo bliskim przecież lewicy - spojrzeć na ten światek z dystansem, z ironią, obśmiać niektóre zjawiska z własnego podwórka. A to nie dość, że było zabawne także i dla mnie, to jeszcze mi dodatkowo zaimponowało. Bo śmiać się z samego siebie nie jest łatwo. Główne arcypoważne nurty prawicowe chyba by się na to nie zdobyły.
jestę myszą /klamra.umk.pl
No i forma, wykrzykiwane hasła, wyświetlane daty i wydarzenia, karykaturalnie, nieco jak na szkolnym przedstawieniu pokazywane myszy czy ufoludki, znakowość, umowność. Ja się nie znam, ale to było ciekawe, zwłaszcza po tym, jak na pewne aspekty zwrócił nam na uwagę pan profesor (oraz co mądrzejsi koleżanki i koledzy współstudenci). Choć w przedostatniej bodajże scenie, gdy śladami wody wyciekającej ze szklanek artyści malują na podłodze przecinające się linie możliwych losów Sierakowskiego, zbliża się to do tych dziwnych idei teatru alternatywnego, w których sama brałam kiedyś udział, a których nie kupuję.

Kabaret. Nie jestem wielką fanką tej formy. Pokazywane w telewizji bawią mnie bardzo rzadko, tylko niektóre są w stanie przytrzymać mnie na dłużej przed ekranem. Zauważyłam jednak tego śnieżnego popołudnia, że kabaret widziany na żywo bawi bardziej. Facet w rajstopach na scenie tuż przed tobą jest zabawny, widząc to w internecie na youtubie byłabym chyba po prostu zażenowana. Ani skecze, ani występ Pazury, oparty zbyt bardzo na prostym kabaretowo temacie seksu, w którym zbyt często powtarzano jeden ten sam nieśmieszny żart (no OK, nawiązanie ze dwa razy byłoby zabawne, przy 7 już zabawnie nie jest. Przy 13 też nie.) nie zachwyciły mnie, ale momentami było naprawdę wesoło. Bawiłam się zaskakująco dobrze - ale nie wydałabym na taki występ pieniędzy. A skoro dzięki uprzejmości znajomych udało się za darmo, to będę miło wspominać ;) 
Zdjęcie z Cezarym Pazurą, +25 do szpanu. Pan Cezary bardzo miły.
"Dziady. Transformacje". Tu też szłam nie oczekując efektu "wow!", bo doświadczenia z toruńskim teatrem mam, eufemistycznie rzecz ujmując, różne... A tu - pozytywne zaskoczenie. Bo to naprawdę miało dużo sensu! Już moje przygotowywania do spektaklu sprawiły, że zauważyłam, iż Mickiewicz ma sens, i dobrze się go czyta. Wcześniej byłam do tego przymuszana obowiązkiem szkolnym, i przyjemność dawało to znikomą, a pewnie i ja byłam wtedy głupsza. Mickiewicz odczytany na nowo przez twórców z toruńskiego teatru ma też sporo sensu we współczesnej Polsce. 
Fajnie jest, siedzimy. /e-teatr.pl
A na scenie w zasadzie niewiele się dzieje. Pięciu facetów siedzi na ławce, pije wodę, rozmawia ze sobą wersami z "Dziadów". Zestawienie plastikowej ławeczki i dresów z nieco archaicznym językiem na początku mnie razi, po chwili się przyzwyczajam. A już Wielka Improwizacja brzmi bardzo aktualnie i adekwatnie - recytowana przez pięć współczesnych postaci - papieża, polityka, sportowca, biznesmena, artystę-samotnika. Kolejna część, gdy na scenie zaczyna robić się bałagan, biegają i skaczą, i co i rusz rzucają jednym aktorem o ścianę, a na koniec krzyczą chóralnie, stojąc tuż przed widzem - to robi się nieco męczące. Ale nie zdążyli mnie zniecierpliwić - wszak spektakl trwa zaledwie 50 minut. 

Na koniec - "Moralność Pani Dulskiej" w Teatrze Telewizji. Głośno zapowiadany, z Cielecką, Więckiewiczem, Gierszałem, Agatą Buzek. Dobrzy aktorzy, i w ogóle dobry spektakl, tak moim okiem. I zachowano zgodność z oryginałem, i wprowadzono nowy kontekst ciekawego przejazdu przez kolejne dziesięciolecia z najnowszej historii Polski, sugerując to subtelnie scenografią i kostiumami. No ba, Dulscy będą z nami zawsze. 

A Ty dla której blond gwiazdy oglądałeś ten spektakl? (Bo trochę szkoda, że Więckiewicza było tak mało, z drugiej strony - to w sumie fajnie, że nawet jak mamy taaaakiego aktora, to nie eksploatujemy go ponad koncepcję scenariusza, tylko dlatego że jest super.)/ polskieradio.pl
A to wszystko teatr! Fascynujące zjawisko.

środa, 26 grudnia 2012

Anna Karenina: na scenie czy na ekranie?

Anna Karenina, reż. J. Wright

Lubię Keirę Knightley. Trochę nie wiem dlaczego, jakoś tak dobrze mi się ją ogląda, a i filmy, w których grywa, zazwyczaj przekonują mnie do siebie. I chociaż nie czytałam Anny Kareniny Tołstoja (ale chyba jest u mnie na liście książek do przeczytania...?), to miałam ogromną ochotę wybrać się na ten film do kina. Bo skoro to literacka historia o miłości, i jeszcze te wszystkie suknie, i Keira, to ja podświadomie oczekiwałam czegoś w stylu Dumy i uprzedzenia.
Niestety, rodzeństwo. heyuguys.co.uk
A tu - inaczej. Przede wszystkim nie kibicowałam głównej "parze", bo tam kurczę ani trochę "chemii" nie było! Wroński jakiś taki... absolutnie niepociągający. Anna, why? Albo może raczej: Почему? I może znów przemówiło przeze mnie to podświadome przywiązanie do DiU, bo zanim jeszcze zorientowałam się w filmie, to miałam nadzieję, że główny romans rozegra się między postaciami kreowanymi przez Keirę Knightley i Matthewa Macfadyena. A tu klops, rodzeństwo. I naprawdę, naprawdę dopiero w domu po powrocie z kina zorientowałam się, że w takim wypadku byłaby to ta sama para aktorów, co w duecie Lizzie Bennet - pan Darcy. W każdym razie, Macfadyen jest świetny, i nawet Jude Law był w stanie mnie zaskoczyć - ten, który zazwyczaj grywa amantów o obezwładniającym uśmiechu, tutaj jest absolutnie poważnym, znudzonym, łysiejącym mężem, i jako taki wypada całkiem nieźle.
Wbrew przewidywaniom bukmacherów, nie zachwyciły mnie ani tańce, ani kostiumy. Właśnie - bardziej kostiumy niż stroje. Metafora teatru została zastosowana bardzo konsekwentnie, pojawiła się chyba w każdym możliwym aspekcie filmu. Jest naprawdę WSZĘDZIE. I to trochę zbyt łopatologiczne, zbyt nachalne. Aby zasugerować, że światu przedstawionemu blisko jest do teatru, nie trzeba co drugiej sceny rozgrywać na deskach teatralnych, można zastosować jakieś bardziej subtelne środki. Zabrakło mi pokazania choćby odrobiny takiej rzeczywistej Rosji z tamtych czasów, momentu, w którym ktoś mógłby krzyknąć to nie jest film (teatr), to prawdziwe życie...
Forma przesłoniła mi treść, tak przedstawiona opowieść nie miała w sobie tyle siły, by wciągnąć mnie do środka, rozgrywający się (na scenie? na ekranie?) dramat niewiele mnie obszedł. Ale i tak niezmiernie miło było mi przyglądać się temu wszystkiemu. Bez problemu wyłapywać kolejne teatralności, z których niektóre były naprawdę pomysłowe, śmiać się z komicznego, ale nie przerysowanego, i na dodatek uroczego Sitwy, słuchać muzyki towarzyszącej scenom (zwłaszcza balom!), oglądać te świetne zagrania techniczne, kostiumy, oraz znajdujących się w nich przystojnych mężczyzn i piękne kobiety. Mówiłam już, że lubię Keirę Knightley? A i anielska Alicia Vilkander zasługuje na uwagę.
Epilog? Bardzo ładne widowisko. W zależności od podejścia, może zarówno zachwycić, jak i rozczarować. Ja znalazłam się gdzieś pomiędzy tymi dwiema postawami. I nawet te elementy rozczarowania nie zmieniają faktu, iż uważam, że film ten zdecydowanie warto zobaczyć.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Recenzja SenNOTności

Śnisz czy żyjesz prawdziwie? Odosobniony czy z innymi? Jesteś samotny chwilowo, bo w tym momencie potrzebujesz pobyć sam czy też na stałe, bo nie umiesz się otworzyć i myślisz, że inni ludzie cię nie akceptują? Walczysz z tym czy pogrążasz się w takim stanie? Ta recenzja nie udzieli ci odpowiedzi. Musisz odkryć ją sam, a świetną pomocą może okazać się przedstawienie „SenNOTność”.

To tylko lid. Całą resztę mojej recenzji tego przedstawienia, przygotowanego przez Stowarzyszenie Jestem pomagające osobom niepełnosprawnym i uzależnionym, możesz przeczytać tu: http://kulturalnytorun.pl/wiadomosci/sennotnosc-porusza