student finansów i rachunkowości: Wkurza mnie, że na tych studiach wmawiają mi, że najważniejsze są pieniądze.
studentka dziennikarstwa i komunikacji społecznej: No, a u nas - sława, popularność.
student teologii: A u nas ciągle tylko Bóg, Bóg, Bóg.
I: spójnik przyłączający zdanie o treści niezgodnej z tym, co można wnioskować na podstawie zdania poprzedzającego;
II: partykuła komunikująca, iż to, o czym mowa w zdaniu, jest niezgodne z przewidywaniami mówiącego.
czwartek, 11 sierpnia 2011
a u muchów jest wesoło, ooo!
1. Fisz - Jesteście gotowi
(...)Dziś dzieciaki witają się w zerówce: "elo ziomek"
Chcą być raperami siedzieć non stop na ławce gdzieś przed domem(...)
A u nas w domu to Tata mówi do swego najmłodszego syna "Nie gadaj, tylko nawijaj". Aż chciałoby się dodać na końcu tej wypowiedzi "JOŁ", gdyby nie fakt, iż mówił to przy okazji przygotowywania wędek i żyłek do męskiego wypadu na ryby.
2. - Przynieś mi ogórka.
- Masz cały słoik, ja nie lubię grzebać w tych moczarach. Nigdy nie wiadomo, na co się trafi! A jak nagle wysunie się stamtąd jakaś obrzydliwa ręka?
- O_o
- [chrup]
- Chyba te ogórki nie są jeszcze ukiszone, tak słyszałem.
- No nie są, ale jak to "słyszałeś"? O_o Po chrupnięciu, jak ugryzłam ogórka?
- Nie, ktoś wcześniej tak mówił.
[Nas to bawi. Zapisuję dla przypomnienia sobie po paru miesiącach.]
(...)Dziś dzieciaki witają się w zerówce: "elo ziomek"
Chcą być raperami siedzieć non stop na ławce gdzieś przed domem(...)
A u nas w domu to Tata mówi do swego najmłodszego syna "Nie gadaj, tylko nawijaj". Aż chciałoby się dodać na końcu tej wypowiedzi "JOŁ", gdyby nie fakt, iż mówił to przy okazji przygotowywania wędek i żyłek do męskiego wypadu na ryby.
2. - Przynieś mi ogórka.
- Masz cały słoik, ja nie lubię grzebać w tych moczarach. Nigdy nie wiadomo, na co się trafi! A jak nagle wysunie się stamtąd jakaś obrzydliwa ręka?
- O_o
- [chrup]
- Chyba te ogórki nie są jeszcze ukiszone, tak słyszałem.
- No nie są, ale jak to "słyszałeś"? O_o Po chrupnięciu, jak ugryzłam ogórka?
- Nie, ktoś wcześniej tak mówił.
[Nas to bawi. Zapisuję dla przypomnienia sobie po paru miesiącach.]
wtorek, 26 lipca 2011
Do robotyyyyyy
A może znasz to uczucie. Wyznaczasz sobie datę, od której BIERZESZ SIĘ DO ROBOTY. Powiedzmy, w odpowiednio dalekim od deadline'u oraz wyznaczanego sobie czasu dochodzisz do wniosku, że będziesz się uczyć do matury od września/świąt/stycznia/studniówki/ferii/świąt2. Przerabiałam to, mimo jednej zdawanej matury, wielokrotnie. I potem też wielokrotnie, przy każdej możliwej okazji. Na przykład, pod koniec czerwca, już w zasadzie po sesji, doszłam do wniosku, że wezmę się do roboty dotyczącej licencjatu i ogólnopokojowych porządków w wydawałoby się odpowiednio odległym terminie określanym jako "po powrocie z wakacji". Przyrzeczenie to trzymałam gdzieś w mglistych, dalekich zakamarkach świadomości. Obecne tylko od czasu do czasu, oddalane od refleksji myślą "jeszcze czas". Lecz teraz nadszedł czas. Ten straszny moment, którego każdy wyznaczający boi się najbardziej. Nagle, jak grom z jasnego nieba powala cię na kolana świadomość, że to już. Od dzisiaj miałeś, miałaś wziąć się do roboty. A tak strasznie ci się nie chce! A tak strasznie mi się nie chce. Najgorszym wyjściem z tej problematycznej sytuacji jest wyznaczenie sobie kolejnego terminu i dalsze trwanie w nieróbstwie. Dobra, nie. Wcale nie "nieróbstwie", odzywa się jakiś tłumaczący głos w mojej głowie. Coś tam w sprawie licencjatu robiłam i robię nadal. I będę robić dalej, i bardziej, gdyż od dzisiaj, od powrotu z wakacji, biorę się do roboty. Bo jak się nie wezmę, to znowu będę miała wrażenie, że jestem okropną łajzą marnującą mnóstwo czasu. A to dość destrukcyjne wrażenie.
niedziela, 24 lipca 2011
Have you seen my brother?
Szukałeś/aś kiedyś swojego najmłodszego brata po zakamarkach (zakaMarkach!) małego nadmorskiego francuskiego miasteczka? Szukałeś, nie znając języka francuskiego, brata nieznającego języka francuskiego? Wysłanego po bagietki, bo Tobie nie chciało się iść? Nie? A ja tak. Przerażające doświadczenie. Na szczęście poszukiwania zakończyły się pomyślnie. Zszedł o jedne schody za daleko, dlatego tak długo nie wracał. Znaleźliśmy go już na dobrej drodze, prowadzącej i do piekarni, i do naszego domu. Poradził sobie, pytając po angielsku napotkanych francuzów, "where is baguette shop?" Zuch chłopak. Najmłodszy, z racji bycia najmłodszym gnębiony przez resztę, teraz przynajmniej wie, jak bardzo go kochamy.
- Od razu przypomniała mi się książka, jaką dałaś mi do przeczytania.
- Jaka?
- Chata. Nie będę więcej czytał książek, jakie mi polecasz.
Mimo to, polecam. Autor: William. P. Young. Chociaż rzeczywiście, nie jest to chyba najlepsza lektura na czas szukania zaginionego małego braciszka.
niedziela, 17 lipca 2011
monakijskie refleksje
poniedziałek, 11 lipca 2011
nie uzewnętrzniać!
Jakoś tak wolę się ostatnio nie uzewnętrzniać przed dużymi grupami ludzi. Tak, "uzewnętrznianie się" to jedno z określeń tych rekolekcji, przynajmniej w mojej grupie [pozdrawiam!]. No ale co innego uzewnętrznić się przed jedną zaufaną osobą, albo nawet trochę mniej zaufaną, ale taką jedną na dany moment, to jeszcze nie jest aż takie problematyczne [pozdrawiam!]. Albo przed wyżej wspomnianą grupką, od tego ona jest, i też jest zaufana, chociaż to już czasami sprawiało mi problemy... Ale tak całkowicie, przed kilkudziesięcioma osobami? Albo przed całym gronem internautów? Nie no, nie sądzę, żeby wchodziły tu całe rzesze wampirów emocjonalnych spragnionych informacji z mojego wnętrza. Jednakowoż, powstrzymuję się od uzewnętrzniania przed masami, bo mnie to jakoś boli, i stąd też rzadziej te posty tutaj, no.
Chociaż gdybym umiała się tak fajnie uzewnętrzniać, jak Joanna Szczepkowska w swoich felietonach... Wybrany przeze mnie temat pracy licencjackiej na razie przynosi mi sporo radości. Bloga w takiej formie felietonów chciałabym pisać, ale chyba niestety nie umiem. Chodził mi też po głowie ostatnimi czasy inny pomysł - aby potraktować to tu miejsce do przechowywania "zabawnych" sytuacji/dialogów z życia. Miał być internetowy pseudo-komiks, ale okazało się że nie umiem rysować ani piórem na kartce, ani myszką w Paincie. Brat, siedzący w Paincie w zasadzie od kiedy pamiętam, odmówił współpracy. Może jeszcze spróbuję kiedyś, później, tak dla siebie. Miło będzie do tego wrócić po paru latach.
piątek, 22 kwietnia 2011
Akcje i kapitały
Aż mnie dziwi, że tyle nam ostatnio każą pisać na tych studiach z dziennikarstwa, no kto by się spodziewał. Stąd - mniej mnie tutaj. Ale teraz, wyjątkowo, bo chcę sama sobie zachować cytat, który bardzo przypadł mi do gustu.
Swoją drogą, trwają Święta. Jakoś nie pasuje mi tutaj życzenie Wesołych Świąt; wizualizując to sobie, widzę od razu taki świetlisty napis na granatowym niebie, przystrojony gałązkami ostrokrzewu. Może lepiej Radosnych Świąt? Radość to nie to samo co wesołość. Bardziej odpowiada mi chyba życzenie przeżycia Świąt, a przede wszystkim dnia Zmartwychwstania Pańskiego, w Radości. Bo jest z czego się radować!
Pan Darling lubił przechwalać się wobec Wendy, że jej mama nie tylko go kocha, ale także szanuje. Był on jednym z tych przenikliwych ludzi, którzy znają się na akcjach i kapitałach. Oczywiście nikt się na tym naprawdę nie zna, ale on sprawiał wrażenie, że się zna, i często mówił, że akcje spadły, a kapitały się podniosły, takim tonem, który powinien był zmusić każdą kobietę do szacunku.Dobra, absolutnie żadna ze mnie feministka, nie będę analizować ile obrzydliwych oznak poniżania kobiet można tutaj znaleźć. Moją uwagę zwróciło coś innego: absolutna prawda na temat giełdy. Oczywiście nikt się na tym naprawdę nie zna. To wszystko wyjaśnia! Dlatego nie jestem w stanie pojąć, o co w tym wszystkim chodzi, ba, dlatego nikt do tej pory nie był w stanie mi tego wytłumaczyć! Po prostu, tego nie wie nikt. Nie żebym jakoś koniecznie chciała się dowiedzieć, na czym giełda polega. W całym skomplikowaniu życia akurat to wydaje mi się zupełnie nieważne. Wracając do cytatu - dopiero 6. strona książki (dodam, że pisanej dość dużą czcionką), a wiem, że lubię Jamesa Matthewa Barrie'go jako pisarza. Bliskie mi poczucie humoru, bliska mi wrażliwość, bliskie mi spostrzeżenia. Piotruś Pan. Nigdy wcześniej tego nie czytałam. Poczułam ostatnio na pewnych zajęciach z kulturoznawstwa, na których prowadzący zaczął opowiadać o książkach dla dzieci, jakie mam braki w dziecięcych lekturach. Jako brzdąc czytałam naprawdę dużo, ale w zasadzie ciągle to samo. Ulubiona książka dzieciństwa - Dzieci z Bullerbyn - rozleciała się z powodu nadmiernego eksploatowania, w kiepskim stanie jest też seria o Ani z Zielonego Wzgórza i pierwsze tomy Jeżycjady, nie mówiąc już o Harrym Potterze. Zwłaszcza Więzień Azkabanu nie wygląda najlepiej; został oblany wodą z Morza Śródziemnego, i nie jest to wcale moja wina. Lubiłam więc te książki, które już wcześniej czytałam, i sporo na tym straciłam. Dlatego teraz nadrabiam zaległości. Pierwszą taką była Alicja w Krainie Czarów kilka miesięcy temu (impulsem był film Burtona, na który i tak nie poszłam). Teraz - Piotruś Pan, bo być może wezmę sobie jako temat zaliczeniowy innych zajęć z kulturoznawstwa film Marzyciel. Jaki z tego wniosek? Kulturoznawstwo inspiruje. A te przyjemne, ale mądre lektury są fantastyczną odskocznią od tego, co bywa ciężkie, trudne w odbiorze, a co muszę czytać na różnorakie zajęcia. Polecam, ja.
Swoją drogą, trwają Święta. Jakoś nie pasuje mi tutaj życzenie Wesołych Świąt; wizualizując to sobie, widzę od razu taki świetlisty napis na granatowym niebie, przystrojony gałązkami ostrokrzewu. Może lepiej Radosnych Świąt? Radość to nie to samo co wesołość. Bardziej odpowiada mi chyba życzenie przeżycia Świąt, a przede wszystkim dnia Zmartwychwstania Pańskiego, w Radości. Bo jest z czego się radować!
sobota, 5 lutego 2011
seeesja
Ale w styczniu to nic nie napisałam. Słaby ze mnie miesięcznik, ekhm.
Wytłumaczyć się mogę tym, iż styczeń był bardzo, okropnie, niesamowicie wręcz ciężkim miesiącem. Sesja podobno zaczęła się 31 stycznia, ale podczas sesji to ja mam zaledwie jeden egzamin! (Co prawda najtrudniejszy, co nie zmienia faktu, że tylko jeden. Nie będę tu już narzekać, że zabrakło mi 1,5 pkt na 100 [tak, PÓŁTORA NA 1oo!] aby być zwolnionym z tego egzaminu. Nie można mieć wszystkiego.) Zaliczenia skumulowały mi się z obydwu kierunków, i, no, prawie wszystkie odbyły się w ciągu 3 tygodni stycznia, co było przeżyciem trudnym, ale budującym. Wyszłam z niego z tarczą, a nie na tarczy. I z powodu trzymanej w ręku tarczy, składającej się póki co z samych ocen 4-i-wyżej, nie umieszczę tu posta, który chodził mi po głowie w trakcie tego szału zaliczeń. Miał być zgryźliwą satyrą na sposób pracy wielu wykładowców, ale skoro oni mi takie ładne oceny wystawiają, to ja się powstrzymam, ha. Pozdrawiam.
Teraz natomiast został mi jeden egzamin. Staram się uczyć, ale wolę robić wszystko zamiast - np. przypomniałam sobie o blogu. No, jeden egzamin, i jedno zaliczenie, moja ukochana praca w grupie, trzeba się będzie zebrać i w końcu to zrobić. Wiwat praca indywidualna! I jeszcze jedno zaliczenie, które... hm... do teraz nie wiadomo jak będzie wyglądało. Ale miałam oszczędzić sobie satyry uniwersyteckiej, więc nie będę tego tematu rozwijać.
Wytłumaczyć się mogę tym, iż styczeń był bardzo, okropnie, niesamowicie wręcz ciężkim miesiącem. Sesja podobno zaczęła się 31 stycznia, ale podczas sesji to ja mam zaledwie jeden egzamin! (Co prawda najtrudniejszy, co nie zmienia faktu, że tylko jeden. Nie będę tu już narzekać, że zabrakło mi 1,5 pkt na 100 [tak, PÓŁTORA NA 1oo!] aby być zwolnionym z tego egzaminu. Nie można mieć wszystkiego.) Zaliczenia skumulowały mi się z obydwu kierunków, i, no, prawie wszystkie odbyły się w ciągu 3 tygodni stycznia, co było przeżyciem trudnym, ale budującym. Wyszłam z niego z tarczą, a nie na tarczy. I z powodu trzymanej w ręku tarczy, składającej się póki co z samych ocen 4-i-wyżej, nie umieszczę tu posta, który chodził mi po głowie w trakcie tego szału zaliczeń. Miał być zgryźliwą satyrą na sposób pracy wielu wykładowców, ale skoro oni mi takie ładne oceny wystawiają, to ja się powstrzymam, ha. Pozdrawiam.
Teraz natomiast został mi jeden egzamin. Staram się uczyć, ale wolę robić wszystko zamiast - np. przypomniałam sobie o blogu. No, jeden egzamin, i jedno zaliczenie, moja ukochana praca w grupie, trzeba się będzie zebrać i w końcu to zrobić. Wiwat praca indywidualna! I jeszcze jedno zaliczenie, które... hm... do teraz nie wiadomo jak będzie wyglądało. Ale miałam oszczędzić sobie satyry uniwersyteckiej, więc nie będę tego tematu rozwijać.
środa, 8 grudnia 2010
dramat w czterech aktach
Błędne koło.
Dramat w czterech aktach.
Dramat w czterech aktach.
Osoby:
pani od technologii informacyjnej
pani od WF
pani w dziekanacie
pani w sekretariacie
studentka dwóch kierunków, będąca symbolem każdego studenta (mimo iż nie odzywa się w żadnej scenie, jej obecność jest niezbędna i bardzo wymowna)
pani od technologii informacyjnej
pani od WF
pani w dziekanacie
pani w sekretariacie
studentka dwóch kierunków, będąca symbolem każdego studenta (mimo iż nie odzywa się w żadnej scenie, jej obecność jest niezbędna i bardzo wymowna)
Akt I
pani od technologii informacyjnej, studentka dwóch kierunków, będąca symbolem każdego studenta
pani od technologii informacyjnej, studentka dwóch kierunków, będąca symbolem każdego studenta
Pani od technologii informacyjnej: Jeśli ktoś z państwa potrzebuje zaświadczenie, że był na naszych zajęciach, to możemy je napisać.
Akt II
pani od WF, studentka dwóch kierunków, będąca symbolem każdego studenta
pani od WF, studentka dwóch kierunków, będąca symbolem każdego studenta
Pani od WF: Nieobecność z powodu TI usprawiedliwiam, jeśli jest zaświadczenie z dziekanatu wydziału, na którym pani studiuje. I tylko takie się dla mnie liczy, bo tylko dziekanat ma prawo coś takiego wystawić.
Akt III
pani w dziekanacie, studentka dwóch kierunków, będąca symbolem każdego studenta
pani w dziekanacie, studentka dwóch kierunków, będąca symbolem każdego studenta
Pani w dziekanacie: Ja nie mogę czegoś takiego wystawić, bo my nie mamy list osób zapisanych na zajęcia danych grup. Proszę iść do sekretariatu, oni to mają.
Akt IV
pani w sekretariacie, studentka dwóch kierunków, będąca symbolem każdego studenta
pani w sekretariacie, studentka dwóch kierunków, będąca symbolem każdego studenta
Pani w sekretariacie: Ale ja nie mogę tego pani wystawić, nie mamy takich list. Jedyną osobą, jaka może pani coś takiego zaświadczyć, jest osoba, która prowadziła zajęcia z TI.
Koniec.
poniedziałek, 6 grudnia 2010
rękawiczki
Myślę sobie, że jakby tak pozbierać wszystkie pogubione na mieście rękawiczki, te jeszcze w śniegu i błocie, i te pozostawione w miejscach "widocznych", więc jakby je tak pozbierać wszystkie wszyściuteńkie, to by się zebrała spora kolekcja, i na pewno kilka dość dobrze dobranych par by się udało z nich wyswatać.
Subskrybuj:
Posty (Atom)