... czyli "niepublikowany wcześniej ostatni tom przygód Ani z Zielonego Wzgórza", jak głosi okładka. Mało trafne, zwłaszcza użyte tu słowo "przygody". No ale może od początku.
"Anię z Zielonego Wzgórza" dostałam na któreś urodziny (6? 7?) wraz z "Pippi Pończoszanką", i jak przystało na małego geniusza, pochłaniającego książki zanim jego rówieśnicy nauczą się odróżniać poszczególne literki, szybko zaprzyjaźniłam się z obiema rudymi dziewczynkami. Potem były kolejne części, czytane tak, jak nakazywałby rozsądek - w chronologii świata przedstawionego, a i potem wielokrotnie niechronologicznie - w myśl zasady "czytamy to, na co mamy ochotę".