Jean Webster - "Tajemniczy opiekun", "Kochany Wrogu"
"Tajemniczego opiekuna" znam w zasadzie od zawsze, to jedna z tych babskich książek, którymi w dzieciństwie i wczesnych latach nastoletnich zaczytywałam się do granic możliwości. Niedawno dzięki zwierzowi popkulturalnemu dowiedziałam się, że jest kolejna część! I przeczytałam, dwa razy. Trochę będę tutaj spoilerować, wiec jeśli ktoś nie czytał "Kochany wrogu" a chciałby, to ja właśnie ostrzegam, że przez czytanie dalej można sobie uniemożliwić uzyskanie frajdy z obcowania z tą książką.
Sesja zmierza ku końcowi. Jeszcze jeden egzamin. Będzie dobrze. Można powoli zacząć wracać do ludzi i do internetu.
Zastanawiając się nad samą sobą zauważyłam ostatnio, że od pewnego czasu jestem w dość nietypowej jak dla mnie sytuacji. Nietypowej, i przez to bardzo ciekawej. W nowej sytuacji można się samemu ładnie przeanalizować. I wyciągnąć wnioski.
Mianowicie - na horyzoncie nie ma obecnie żadnego mężczyzny. Ani związku, ani zauroczenia, ani zakochania, ani konkretnych nadziei na związek z kimś konkretnym.
Nie ma, a w zasadzie zawsze coś takiego było! Mniej więcej od kiedy pamiętam, chyba od trzeciej klasy podstawówki, zawsze ktoś taki był, o kim się myślało przed snem, na kogo zwracało się uwagę, kogo uwagę bardzo chciało się zwrócić, przez kogo się uśmiechało niby bez powodu lub płakało - też w sumie często bez powodu.
A obecnie, w zasadzie od niedawna, nie ma nikogo takiego. I na ten stan nie narzekam.
Cieszyło mnie zawsze, że mój nastrój nie zależy od tego, czy 11 facetów w krótkich spodenkach i z zabłoconymi kolanami trafi piłką do bramki lub nie, lub też od tego, czy dla odmiany tym razem jeden facet, ale też w krótkich spodenkach, trafi piłką w siatkę, linię lub pole.
Mój nastrój nie jest też zależny od tego, czy w górnym rogu ekraniku telefonu pojawia się mała koperta, od tego czy on spojrzał, co powiedział, jak się zachował.
Status związku? Wolność! Absolutna wolność od emocjonalnego uzależnienia.
Absolutnie nie chciałabym tu powiedzieć, że bycie w związku jest złe. Bycie w dobrym związku, takim, w którym nie uzależniasz się od drugiej osoby, jest absolutnie dobre. Wiem co mówię.
OK, a teraz spójrzmy na znane nam związki - w ilu z nich nie ma elementu uzależnienia? W niewielu, prawda? Ale jeszcze gorsze niż uzależnienie się w związku jest emocjonalnie uzależnienie od kogoś, kto jest dla ciebie niedostępny. Komu boisz się wyznać miłość, komu nie możesz wyznać miłości, kto odrzucił twoje uczucie, nie jest w stanie go przyjąć. A i tak swój stan emocjonalny uzależniasz od jego zachowania. Strasznie przykra sprawa.
I odnoszę wrażenie, że nam, kobietom, uzależnienie emocjonalne przychodzi dużo szybciej.
Kolega przesłał mi jakiś czas temu link do konferencji o. Adama Szustaka na temat kobiecości. W pewnym momencie tej konferencji ów ojciec odnosi się do wersów z Księgi Rodzaju, tych o wygnaniu z Raju. "Ku twemu mężowi będziesz kierowała swe pragnienia, on zaś będzie panował nad tobą" Rdz 3, 16. No i jasne, że można to rozumieć w sposób feministyczny, Bóg-męski szowinista, który ustanawia, że za karę kobiety będą mężczyznom gotować i cerować skarpety. O. Adam proponuje jednak, aby odnieść to do uzależnienia emocjonalnego. "On zaś będzie nad tobą panował emocjonalnie, od niego się uzależnisz". Tak już z nami jest, że łatwo się uzależniamy od zainteresowania mężczyzn. Ale uwolnienie się od tego - to poniekąd jak powrót do Raju! Fantastyczna wiadomość!
Cieszę się, że jestem od tego niewłaściwego uzależnienia wolna. Da się bez faceta żyć. Mam też wrażenie i nadzieję, że jeśli pojawi się na horyzoncie jakiś mężczyzna, to ja, bogatsza o to doświadczenie wolności, do sprawy będę umiała podejść tak, aby się emocjonalnie nie uzależniać.
Bo mężczyźni i związki z nimi to nie "zło konieczne".
To DOBRO! Tylko że - niekonieczne!
Nieco oszukałam i ja, powinnam napisać o tym filmie już dawno, ale trochę pochłania mnie sesja. Ostatnie chyba ze cztery dni oddałam jej w zupełności, i teraz nadszedł czas na nadrabianie zaległości blogowych (tzn. pisanie własnych notek, ale i czytanie innych!), póki mam odrobinkę czasu przed kolejnym atakiem pani S. Poza tym miałam po seansie nieco ambiwalentne odczucia i niepoukładane refleksje. Zaczęłam więc posiłkować się innymi recenzjami, i teraz już trudno jest mi oddzielić to, co wymyśliłam sama, od tego, co zasłyszałam/przeczytałam u innych... Najciekawszy w spostrzeżeniach był chyba ten tekst z filmwebu, choć dostrzegam tam odrobinę naginania faktów pod swoją tezę. (No i nie zgadzam się z ogólnym wydźwiękiem tej recenzji...)
Najlepsza w tym filmie jest historia będąca podstawą scenariusza. Wstrząsająca, zmuszająca do refleksji. Z powodu niedopatrzenia (ale czy na pewno? w filmie chyba nie dowiadujemy się, jak do tego doszło) w szpitalu podmieniono dzieci. Jedną bliźniaczkę zamieniono na inną dziewczynkę. Rodzina wychowuje więc jako bliźniaczki dwie niespokrewnione ze sobą dziewczyny, a samotna matka - jedną niespokrewnioną ze sobą bliźniaczkę (to trochę skomplikowane, ale nie chce mi się robić do tego diagramiku w Paincie - w filmie widać od razu kto jest kto, bo wszyscy z jednej rodziny są mniej więcej rudzi, a w drugiej to bruneci. no i jeśli cała twoja rodzina zamawia herbatę, a ty wolisz kawę, to wiedz, że coś się dzieje, i prawdopodobnie nie jesteś spokrewniona z nimi, ale z kimś innym, kto też woli kawę).
ruda, rudy, brunetka, ruda, ruda, brunetka /prasa.tvn.pl
Koncerty Mariusza Lubomskiego mają w sobie coś uroczego, co szalenie trudno uchwycić i ubrać w słowa... ale starałam się jak mogłam i zachęcam do zapoznania się z efektem tych starań:
http://kulturalnytorun.pl/wydarzenia/koncerty/lubomski-again-relacja-z-koncertu, czyli relacja Marianny Muchy z koncertu Mariusza Lubomskiego Again w Dworze Artusa.
A użyte przeze mnie sformułowanie "nieco starsi melomani" wywołało nawet coś na kształt drobnej dyskusji na fanpage'u Mariusza Lubomskiego... Czuję się taka ważna!
- Zdjęcie z całą rodziną ma więcej lajków, niż zdjęcie z Cezarym Pazurą.- Jaki z tego wniosek?- Dla internautów wciąż bardziej liczą się wartości rodzinne, niż kariera i pieniądze.
Ofelie, reż. Wiktor Rubin, Teatr im. Wilama Horzycy w Toruniu.
"Chyba nie lubię teatru postdramatycznego" - pomyślałam kulturoznawczo, czując się dumna z tego, że umiem użyć tego pojawiającego się często na zajęciach sformułowania. Utwierdzam się w przekonaniu, że dużo bardziej podobają mi się zawsze spektakle w Horzycy realizowane według dramatów, zwłaszcza - klasyków dramatu, lub też innej Wielkiej Literatury ("Hamlet", "Dzika kaczka", "Zbrodnia i kara", "Maria Stuart", "Dziady" czy nawet "Kaleka z Inishmaan" albo "Królowa ciast"), niż różne postdramatyczne wymysły. Może jestem staroświecka. A może po prostu trzeba dobrego tekstu, żeby mi się spodobało? Chociaż jestem w stanie przyjąć, że i ze słabego tekstu może powstać świetne przedstawienie. Ale tutaj czegoś zabrakło, chociaż do końca nie wiem czego.
Może jestem też staroświecka, próbując wszystko w teatrze odczytać jako znak (kłania się metoda semiologiczna...), a tutaj byłam tym zmęczona, bo nie udało mi się wszystkiego rozgryźć. Nie wiem, czy to ja jestem zbyt głupia, czy tam nie wszystko miało sens?
Chociaż same historie związków artystek i artystów, podporządkowania, plagiatu, dominacji ciekawe, momentami pokazane bardzo ciekawie, (mimo iż?) genderowo (facet grający Sylvię Plath. Nagi facet grający Sylvię Plath).
Tylko że kurczę wszystko to nie składa mi się w jakąś zgrabną całość. Wręcz przeciwnie, całość wychodzi jakoś tak bardzo niezgrabnie.
Tak, przyznaję się, dopiero teraz widziałam ten film. I tak, przyznaję się, jestem świrem. Albo przynajmniej boję się, że będę. Początek mnie zachwycił, potem nieco znużyła wulgarność. Mimo to, słusznie kultowy.
Rzadko kiedy żałuję, że jakiś post poszedł na blogu zbyt wcześnie (jak już, to jest wręcz odwrotnie, bo z wrodzonego i pieczołowicie pielęgnowanego lenistwa zdarza mi się pisać o jakimś wydarzeniu tak późno, że już nikogo nie interesuje moja relacja). Jednak tym razem tak jest. Gdybym nie spieszyła się tak bardzo z opisem Ściganych, mogłabym teraz napisać wspólny post tematyczny Słabe filmy z Angeliną Jolie. Bo Turysta doskonale się w ten temat wpisuje.
Turysta, reż. Florian Henckel von Donnersmarck
Kurczę, obsada Angelina Joliei Johnny Depp brzmi świetnie! A potem jeszcze Paul Bettany i Timothy Dalton i spodziewać się można czegoś naprawdę fajnego... A Turysta po prostu przeciętny. Intryga strasznie nadmuchana, pompatyczna. Brak luzu i humoru chociażby z Pan i pani Smith, a pasowałoby to tutaj, bo główny motyw filmu nieco podobny (swoją drogą, Angelina Jolie idealnie pasuje do ról kobiet, które coś knują). Film po prostu nudny, zaskoczyło mnie dopiero samo zakończenie, trochę go uratowało (i jedyny zabawny tekst - o rzekomo brzydkiej fizjonomii Johnny'ego Deppa... Ok, w sumie dość zabawne było też to, że cały czas łaził w piżamce.) Choć niewiele brakowało, a bym do tej końcówki po prostu nie dotrwała. Może zbyt mało uważnie oglądałam, aby się takiego zakończenia domyśleć; podobno jest łatwe do przewidzenia. No i - zakochanie w 24h? Nie wierzę.
Plakat byłby dużo ciekawszy, gdyby zamiast bieli dano wzór z piżamki. Ale do tego trzeba trochę luzu.
2 maja, siedząc na kanapie, jedząc śniadanie i oglądając reklamy na Comedy Central w trakcie How I meet your mother wielmożny pan Antoni wymyślił nagrody Scumbag Awards i GoodGuy Awards. Impulsem było pojawienie się na ekranie Ashtona Kutchera w zajawce Różowych lat 70., co Antoni skomentował: Ashton Kutcher jest chyba najbardziej żenującym człowiekiem na ziemi. Siedząca nieopodal Marianna potwierdziła. Po chwili Antoni zaproponował stworzenie listy najbardziej żenujących ludzi, postaci, grup społecznych. Dla równowagi powstała też lista najfajniejszych. Postanowiono nazwać je Scumbag Awards i GoodGuy Awards, co może nie odzwierciedla istoty tych nagród w stu procentach, ale na pewno pasuje, tak po prostu. Bo jak tylko gdzieś pojawiają się postaci z poniższej listy Scumbagów, to jest od razu tak przykro, jak gdyby jakiś Steve pożyczył od Ciebie 50 złotych i w nieskończoność odkładał spłatę długu, tłumacząc się durnymi wymówkami. Niby nic wielkiego, a wkurza niemiłosiernie. Natomiast gdy pojawiają się gdzieś nasi GoodGuye, to jest tak miło, jak wtedy, gdy jakiś Greg pożycza 50 zł, oddaje w umówionym terminie, i jeszcze dokłada czekoladę Milkę albo Nussbeissera z okienkiem w ramach podziękowania za pomoc. Niby nic takiego, a jednak bardzo miło.
Złote Maliny są przyznawane dzień przed Oscarami, dlatego i my najpierw przedstawiamy listę zwycięzców Scumbag Awards. Absolutnie nie chodzi nam o szerzenie jakiejkolwiek nienawiści względem niżej wymienionych; nienawiść obca jest naszej kapitule. Zwracamy tylko, oczywiście niezmiernie subiektywnie, uwagę na ich denerwujący styl bycia, popełniane głupoty czy zdemaskowane zakłamanie. No bo zastanówcie się, czy oni naprawdę nie zasługują na ten tytuł? Wiadomo, że jest na świecie mnóstwo osób, które są też żenujące w sposób tak bardzo oczywisty, że aż nie chciało nam się ich tutaj wymieniać. To często wynika po prostu z ludzkiej głupoty, a na to nie zawsze ma się wpływ, tych osób jest nam po prostu żal. Ale ci tutaj, ci poniżej, oni robią coś więcej. Oni tą swoją głupotą emanują, nachalnie epatują, tak że aż o fuj. Brr. No i - zrezygnowaliśmy z umieszczania tam osób znanych nam prywatnie. Bo naprawdę, nie zależy nam na szerzeniu nienawiści, poza tym - jeśli ktoś jest po prostu żenujący, to trudno, bywa. Ale jeśli ktoś jest żenujący i ze swoją żenadą pcha się do mediów, to już gorzej. Wtedy trudniej chwycić za patyk i odepchnąć go, mówiąc weź idź bądź żenujący gdzie indziej...
And the winner is... Ashton Kutcher! Nie mogło być inaczej; to jego postać zainspirowała powstanie tego plebiscytu. Żenujący, absolutnie głupkowaty, zarówno w swoich rolach filmowych, jak wtedy gdy jest sobą. Pamiętacie Punk'd na MTV? My wolelibyśmy zapomnieć. Szukając ilustracji do tego wpisu okazało się, że Scumbagiem został już nazwany przez kogoś wcześniej, więc nawet nie trzeba było mu w gimpie dorabiać czapeczki...
Nawet nie wiedziałam, że zastąpili Charliego Sheena Ashtonem Kutcherem, ale to dość zabawne... Dlaczego? Dowiecie się czytając resztę listy Scumbagów.
NJMŁ: Dostałem 6 z historii, ze sprawdzianu ze starożytnego Rzymu. Możesz mnie przepytać.
Ja: Ok, no to powiedz mi, kiedy Rzym zbudowano?
A: Na to pytanie odpowie wam Marek Grechuta: "nie od razu, miła, nie od razu..."
Uwielbiam moich braci.