I: spójnik przyłączający zdanie o treści niezgodnej z tym, co można wnioskować na podstawie zdania poprzedzającego;
II: partykuła komunikująca, iż to, o czym mowa w zdaniu, jest niezgodne z przewidywaniami mówiącego.

piątek, 22 kwietnia 2011

Akcje i kapitały

Aż mnie dziwi, że tyle nam ostatnio każą pisać na tych studiach z dziennikarstwa, no kto by się spodziewał. Stąd - mniej mnie tutaj. Ale teraz, wyjątkowo, bo chcę sama sobie zachować cytat, który bardzo przypadł mi do gustu.
Pan Darling lubił przechwalać się wobec Wendy, że jej mama nie tylko go kocha, ale także szanuje. Był on jednym z tych przenikliwych ludzi, którzy znają się na akcjach i kapitałach. Oczywiście nikt się na tym naprawdę nie zna, ale on sprawiał wrażenie, że się zna, i często mówił, że akcje spadły, a kapitały się podniosły, takim tonem, który powinien był zmusić każdą kobietę do szacunku.
Dobra, absolutnie żadna ze mnie feministka, nie będę analizować ile obrzydliwych oznak poniżania kobiet można tutaj znaleźć. Moją uwagę zwróciło coś innego: absolutna prawda na temat giełdy. Oczywiście nikt się na tym naprawdę nie zna. To wszystko wyjaśnia! Dlatego nie jestem w stanie pojąć, o co w tym wszystkim chodzi, ba, dlatego nikt do tej pory nie był w stanie mi tego wytłumaczyć! Po prostu, tego nie wie nikt. Nie żebym jakoś koniecznie chciała się dowiedzieć, na czym giełda polega. W całym skomplikowaniu życia akurat to wydaje mi się zupełnie nieważne. Wracając do cytatu - dopiero 6. strona książki (dodam, że pisanej dość dużą czcionką), a wiem, że lubię Jamesa Matthewa Barrie'go jako pisarza. Bliskie mi poczucie humoru, bliska mi wrażliwość, bliskie mi spostrzeżenia. Piotruś Pan. Nigdy wcześniej tego nie czytałam. Poczułam ostatnio na pewnych zajęciach z kulturoznawstwa, na których prowadzący zaczął opowiadać o książkach dla dzieci, jakie mam braki w dziecięcych lekturach. Jako brzdąc czytałam naprawdę dużo, ale w zasadzie ciągle to samo. Ulubiona książka dzieciństwa - Dzieci z Bullerbyn - rozleciała się z powodu nadmiernego eksploatowania, w kiepskim stanie jest też seria o Ani z Zielonego Wzgórza i pierwsze tomy Jeżycjady, nie mówiąc już o Harrym Potterze. Zwłaszcza Więzień Azkabanu nie wygląda najlepiej; został oblany wodą z Morza Śródziemnego, i nie jest to wcale moja wina. Lubiłam więc te książki, które już wcześniej czytałam, i sporo na tym straciłam. Dlatego teraz nadrabiam zaległości. Pierwszą taką była Alicja w Krainie Czarów kilka miesięcy temu (impulsem był film Burtona, na który i tak nie poszłam). Teraz - Piotruś Pan, bo być może wezmę sobie jako temat zaliczeniowy innych zajęć z kulturoznawstwa film Marzyciel. Jaki z tego wniosek? Kulturoznawstwo inspiruje. A te przyjemne, ale mądre lektury są fantastyczną odskocznią od tego, co bywa ciężkie, trudne w odbiorze, a co muszę czytać na różnorakie zajęcia. Polecam, ja.

Swoją drogą, trwają Święta. Jakoś nie pasuje mi tutaj życzenie Wesołych Świąt; wizualizując to sobie, widzę od razu taki świetlisty napis na granatowym niebie, przystrojony gałązkami ostrokrzewu. Może lepiej Radosnych Świąt? Radość to nie to samo co wesołość. Bardziej odpowiada mi chyba życzenie przeżycia Świąt, a przede wszystkim dnia Zmartwychwstania Pańskiego, w Radości. Bo jest z czego się radować!

sobota, 5 lutego 2011

seeesja

Ale w styczniu to nic nie napisałam. Słaby ze mnie miesięcznik, ekhm.
Wytłumaczyć się mogę tym, iż styczeń był bardzo, okropnie, niesamowicie wręcz ciężkim miesiącem. Sesja podobno zaczęła się 31 stycznia, ale podczas sesji to ja mam zaledwie jeden egzamin! (Co prawda najtrudniejszy, co nie zmienia faktu, że tylko jeden. Nie będę tu już narzekać, że zabrakło mi 1,5 pkt na 100 [tak, PÓŁTORA NA 1oo!] aby być zwolnionym z tego egzaminu. Nie można mieć wszystkiego.) Zaliczenia skumulowały mi się z obydwu kierunków, i, no, prawie wszystkie odbyły się w ciągu 3 tygodni stycznia, co było przeżyciem trudnym, ale budującym. Wyszłam z niego z tarczą, a nie na tarczy. I z powodu trzymanej w ręku tarczy, składającej się póki co z samych ocen 4-i-wyżej, nie umieszczę tu posta, który chodził mi po głowie w trakcie tego szału zaliczeń. Miał być zgryźliwą satyrą na sposób pracy wielu wykładowców, ale skoro oni mi takie ładne oceny wystawiają, to ja się powstrzymam, ha. Pozdrawiam.
Teraz natomiast został mi jeden egzamin. Staram się uczyć, ale wolę robić wszystko zamiast - np. przypomniałam sobie o blogu. No, jeden egzamin, i jedno zaliczenie, moja ukochana praca w grupie, trzeba się będzie zebrać i w końcu to zrobić. Wiwat praca indywidualna! I jeszcze jedno zaliczenie, które... hm... do teraz nie wiadomo jak będzie wyglądało. Ale miałam oszczędzić sobie satyry uniwersyteckiej, więc nie będę tego tematu rozwijać.

środa, 8 grudnia 2010

dramat w czterech aktach

Błędne koło.
Dramat w czterech aktach.

Osoby:
pani od technologii informacyjnej
pani od WF
pani w dziekanacie
pani w sekretariacie
studentka dwóch kierunków, będąca symbolem każdego studenta (mimo iż nie odzywa się w żadnej scenie, jej obecność jest niezbędna i bardzo wymowna)



Akt I
pani od technologii informacyjnej, studentka dwóch kierunków, będąca symbolem każdego studenta

Pani od technologii informacyjnej: Jeśli ktoś z państwa potrzebuje zaświadczenie, że był na naszych zajęciach, to możemy je napisać.



Akt II
pani od WF, studentka dwóch kierunków, będąca symbolem każdego studenta

Pani od WF: Nieobecność z powodu TI usprawiedliwiam, jeśli jest zaświadczenie z dziekanatu wydziału, na którym pani studiuje. I tylko takie się dla mnie liczy, bo tylko dziekanat ma prawo coś takiego wystawić.



Akt III
pani w dziekanacie, studentka dwóch kierunków, będąca symbolem każdego studenta

Pani w dziekanacie: Ja nie mogę czegoś takiego wystawić, bo my nie mamy list osób zapisanych na zajęcia danych grup. Proszę iść do sekretariatu, oni to mają.



Akt IV
pani w sekretariacie, studentka dwóch kierunków, będąca symbolem każdego studenta

Pani w sekretariacie: Ale ja nie mogę tego pani wystawić, nie mamy takich list. Jedyną osobą, jaka może pani coś takiego zaświadczyć, jest osoba, która prowadziła zajęcia z TI.

Koniec.

poniedziałek, 6 grudnia 2010

rękawiczki

Myślę sobie, że jakby tak pozbierać wszystkie pogubione na mieście rękawiczki, te jeszcze w śniegu i błocie, i te pozostawione w miejscach "widocznych", więc jakby je tak pozbierać wszystkie wszyściuteńkie, to by się zebrała spora kolekcja, i na pewno kilka dość dobrze dobranych par by się udało z nich wyswatać.

wtorek, 30 listopada 2010

Naciski naciski! A przecieki?

Wczoraj - dzień przecieków.

Przeciekał mi termos, na szczęście naprawił go Dziadek. Wiecie, jaka to radość, mieć takiego Dziadka, co wszystko naprawi?

Przeciekał mi termofor. Chyba. Włożyłam go słuchając pewnej rady w worek foliowy, żeby mi łóżka nie zmoczył, ale chyba nie było to konieczne, bo nic z niego już nie wyleciało. Dziwne.

Przecieki z Wikileaks głównym tematem w mediach.


(I zdążyłam, zdążyłam w listopadzie!)

czwartek, 14 października 2010

Dlaczego?

1.)
- Co czytasz za kserówki?
- Nie martw się, to na mój drugi kierunek.
- A co jeszcze studiujesz?
- Kulturoznawstwo.
- Dlaczego?

2.)
- A bo, ciociu, ja teraz wzięłam drugi kierunek, i mam teraz dużo więcej zajęć.
- No proszę, a jaki?
- Kulturoznawstwo.
- I co po tym?

A to takie fajne studia!

środa, 13 października 2010

Wyjście z podziemia

"A ja bym tak chciał, fajnie, spędzić sobie 2 miesiące tylko z kolegami pod ziemią."

"Dobrze, że ich już wyciągają, bo mam całą listę osób, które bym wysłał tam pod ziemię."

Listy osób nie podam ;)

sobota, 9 października 2010

słomiany zapał

Tak to właśnie u mnie wygląda z wieloma sprawami. Słomiany zapał, jak i do tego bloga. Pojawia się pomysł, tak, będzie fajnie, zrobię to, będę w tym trwać i naprawdę będzie fajnie! I jest, przez krótki czas. Potem umyka, pęka, znika, zanika, a ja znajduję sobie wytłumaczenie. Miałam tu ćwiczyć warsztat, nie? Jako studentka dziennikarstwa, bla bla... No dobra, prawda jest taka, że nie widzę się w dziennikarstwie, mało mnie kręci to, co jest na tych studiach. Nie wiem, czy to ja źle wybrałam, czy też coś tam powinno być zorganizowane inaczej. W każdym razie, jestem teraz również studentką kulturoznawstwa, co traktuję jako wytłumaczenie moich rzadkich wypowiedzi tutaj. Studentka kulturoznawstwa nie musi już ćwiczyć dziennikarskiego warsztatu, nie? Studentka kulturoznawstwa powinna oglądać filmy, chodzić do teatru, słuchać muzyki, czytać książki, odwiedzać muzea i galerie. Jednak studentka dziennikarstwa i kulturoznawstwa z tygodniowym stażem stwierdza, iż może mieć z tym pewien problem, jako iż roboty tu i tu będzie miała co nie miara. Ale, sama tego chciałam. Może dam radę.
A to... tylko blog. Drobnostka. Są sprawy ważniejsze! W niektórych udaje mi się wytrwać, przezwyciężyć słomiany zapał, podtrzymać go, by się nadal tlił. Proud of myself. Żeby tylko nie zgasł. Albo nie. Żebym wiedziała, że zawsze da się go na nowo zapalić.
Nie żeby jakoś wybitnie chciało mi się z kimkolwiek tym, co tu wyżej jest, dzielić. Ale lepsze to niż czytanie tekstów na przyszłotygodniowe zajęcia.

piątek, 3 września 2010

Ciszej nad tą trumną...

Staram się nie brać udziału w "tym wszystkim". Nie manifestować, zwłaszcza w Internecie, swoich poglądów na to czy tamto, na to wszystko, co się dzieje. Nie "lubić tego". Bo tak ładnie Internet łączy teraz ludzi! Szkoda tylko, że na mój nos, to tu zawsze pachnie nienawiścią. Z każdej strony. Jakkolwiekby tego nie powąchać.
Jednakowoż...
Czytam teraz książkę profesora Jerzego Bralczyka pt.: "444 zdania polskie", wydaną przez Świat Książki w 2007 r., w której to profesor analizuje najróżniejsze polskie powiedzonka, cytaty, toasty funkcjonujące w naszym języku. I wczoraj wieczorem, gdy dotarłam do strony 65, uderzyło mnie, jak niesamowicie pasuje do aktualnych wydarzeń tekst poświęcony tytułowi artykułu Stanisława Strońskiego z 1922 r. Uderzyło mnie to tak mocno, że aż się musiałam tym podzielić, dlatego też tekst ten przytaczam tutaj w całości.

poniedziałek, 12 lipca 2010

nie martw się

Znalazłam! Znalazłam odpowiedź na wszelakie wątpliwości, jakim dałam wyraz w poprzednim poście.
Módl się, żyj nadzieją, i nie martw się.
A jeśli chodzi o mnie, to przede wszystkim to ostatnie. Nie martw się. Nie martw się tyle o siebie, a jakoś pójdzie. Mniej negatywnych myśli poświęcaj sobie, żyj nadzieją. Nie jesteś sama i najważniejsza, są ludzie obok, z którymi możesz porozmawiać (kto by się tego spodziewał!), którym nawet możesz pomóc rozmową! (a tego? a tego kto? ha?)
Tak więc jest dobrze. Hasło "nie martw się" postaram się też realizować w odniesieniu do nadchodzącego wyjazdu do Taize. Martwię się przede wszystkim swoimi zdolnościami językowymi. Jedyny kontakt z językiem angielskim w tym roku - oglądanie "Gilmore Girls" w oryginale, hm. U nas, na UMK, nie doświadczysz na pierwszym roku zajęć z języka! Nie wiem, czy to normalna praktyka, na ilu uczelniach jest podobnie, ale wiem, że są takie, gdzie na pierwszym roku języka można się uczyć. Tak czy siak, uważa się najwidoczniej, że ci wszyscy, którzy właśnie zdali maturę, i u których umiejętności językowe są z tego powodu w szczytowej kondycji, wcale nie muszą ich dalej pielęgnować. Dostajemy więc, wraz ze studencką legitymacją (chciałoby się dopisać "i indeksem", ale indeksów na UMK też już nie doświadczysz) gratisowo rok przerwy w nauce języka. Oczywiście, można zapisać się do szkoły językowej, ale nie każdego na to stać. Mnie nie stać, a nie chciałam też wyciągać rodziców. Oczywiście, można też uczyć się samemu, ślęczeć nad gramatyką i słownictwem w zaciszu swojego pokoju, ale nie każdy ma w sobie tyle samozaparcia. Ja nie mam. Oglądałam więc w ciągu tego roku "Gilmorki", łudząc się, że przyniesie mi to pożytek i nie stracę zupełnie kontaktu z językiem angielskim. I z rozumieniem może nie będzie źle, gorzej pewnie z tzw. "tworzeniem własnych wypowiedzi". Ale nie martwię się, no. W myśl swojej nowej filozofii życiowej.