I: spójnik przyłączający zdanie o treści niezgodnej z tym, co można wnioskować na podstawie zdania poprzedzającego;
II: partykuła komunikująca, iż to, o czym mowa w zdaniu, jest niezgodne z przewidywaniami mówiącego.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

The 100 Day Song Challenge


to miało być takie wrzucanie codziennie jednej piosenki na fejsa. wytrzymałam chyba z 60 dni, potem zaprzestałam. ale wpisałam sobie i całą resztę. potem mi się blogger zbuntował i nie chciał tego publikować, ale chyba znalazłam na niego sposób. także no.

Day 01: A song you know all the lyrics to. "Zapytaj mnie czy cię kocham" Republika (i to nic trudnego, bo to zaledwie 6 słów!
Day 02: A song from the first album you ever bought. (what was the album?) To dość trudne pytanie. Ale chyba najodpowiedniejszą odpowiedzią będzie, że ten album to kaseta magnetofonowa The Spice Girls "Spiceworld", chociaż kupiła mi ją Mama - ale na moją świadomą prośbę. Jaką płytę sama świadomie kupiłam - nie wiem, nie pamiętam. Ze Spiceworld wybieram piosenkę ostatnią, The Lady is a Vamp - do dziś pamiętam jakieś przebłyski układu, który tańczyłyśmy do tego na koniec roku szkolnego i bodajże w Central Parku na "Mini Playback Show" z koleżankami ze starszej klasy, które poprosiły mnie, młodszą koleżankę (!) abym była ich Emmą. (Byłam taka dumna!)
Day 03: A song that reminds you of a night out. (when was it and where?) Morcheeba - Rome wasn't built in a day. Bo kojarzy mi się z pobytem w Rzymie i arcygłupim pomysłem na to, aby o północy w Sylwestra wyjść z bezpiecznych pomieszczeń i przejść się ulicami Rzymu. Petardy. Petardy everywhere.
Day 04: A song you can remember you parents listening to. Pamiętam z dzieciństwa puszczaną w domu płytę Deus Meus "Hej Jezu", i te wszystkie piosenki śpiewane na spotkaniach Wspólnoty czy rekolekcjach nadal darzę sporym sentymentem.
Day 05: A song a friend likes but you don't. Psy - Gangnam Style. Tyle w tym temacie.
Day 06: A novelty song. Mikromusic - Takiego Chłopaka. Bo nowa, bo odkrywcza, bo oryginalna i wyjątkowa.
Day 07: One of your favourite songs. To dopiero trudne pytanie! Idę zerknąć na last.fm. Najwięcej przesłuchane - When Under Ether - PJ Harvey. Ha, bo to nie tylko słuchane, to jeden z tych niewielu utworów, które katowałam na minipianinku.
Day 08: A song you used to like but now hate. Hey - ... że się kupidyn tobą interesuje. Ale nie tam że od razu jakiś wielki hejt, daleka jestem od hejtowania. Po prostu piosenka najpierw bardzo mi pasowała, potem zaczęła wkurzać niemiłosiernie, do teraz mam niesmak.
Day 09: A childhood memory T.V. theme tune. "Pełna chata", Everywhere you look. Aż się wzruszyłam na to "aaa" i "everywhere you look"! 
Day 10: A song from one of your favourite albums. (what is the album?) Album, rzecz jasna, PJ Harvey, Stories from the City, stories from the Sea. Piosenka? Każda! Na przykład ta, o. Good Fortune. Och PJ ♥ miło sobie przypomnieć teledysk, genialny w prostocie. Good Fortune w słuchawki i chodząc po mieście prawie czuję się jak ona tam! 

sobota, 24 sierpnia 2013

sezon na?

Wszyscy to znamy. Od połowy II klasy liceum zaczyna się zawsze sezon 18-stek. Co i rusz ktoś ze znajomych wyprawia imprezę urodzinową, na którą wypada pójść, by obserwować, jak jubilat (a zazwyczaj – kilku jubilatów jednocześnie) przekracza magiczną umowną granicę między dzieciństwem a dorosłością.
Wśród znajomych moich rodziców trwa natomiast od niedawna sezon 50-tek. Co i rusz kolejna osoba z grona ich bliższych i dalszych przyjaciół przekracza tę następną magiczną granicę oznaczającą, że przeżyło się pół wieku, i zaprasza z tej okazji na imprezę.
Wśród moich znajomych natomiast trwa sezon na śluby.

Taka refleksja stała u początków tekstu, który wrzuciłam dwa dni temu na mojego drugiego bloga.
- Masz drugiego bloga?
Ano, mam. Od trzech dni. Pewien portal kusił mnie plakatami "zostań katolickim blogerem!", no to zostałam. Myślałam sobie już dawno, że może trzeba połączyć to całe moje pisanie z Bogiem, i pisać w tej tematyce. Chciałam to robić tutaj, i poniekąd czasami też robię. Tamten platforma jednak kusiła. Póki co dość niewielka, czynnych blogów nie jest tam aż tak wiele, ma natomiast spore zaplecze medialne, dzięki któremu może zdarzyć się tak, że tekst przeczyta więcej osób. Blogspot nie daje takiej możliwości. Żeby ktoś trafił na blogspotowego bloga, to trzeba się sporo natrudzić. Linkować na fejsie czy gdziekolwiek, a ja tego robić nie lubię, to takie nachalne.
Nowego bloga nigdzie jeszcze nie reklamowałam. Chciałam się najpierw rozpisać, zobaczyć, jak mi to będzie szło, czy będę miała tematy, czy nie załamią mnie negatywne komentarze albo zupełny brak odzewu.
Wyszło jednak trochę inaczej, bo drugi tekst jaki wrzuciłam, został przez portal rozreklamowany. Widocznie komuś tam się spodobał, albo brakowało im czegoś do wrzucenia, to poszły moje bazgroły. I znalazły się wczoraj na stronie głównej portalu deon.pl, a to już jest jednak coś. Skoro tak się stało, to postanowiłam się tym jednak na fejsie pochwalić, a i tutaj niniejszym ro czynię. W wersji deonowej można go przeczytać tu. Linkowało go potem kilka podlegających pod Deon fejsbukowych fanpejdży, pojawiało się trochę lajków i innych takich, oraz różne komentarze. Pozytywne i negatywne. Część osób w ogóle mnie nie zrozumiała - nie, to nie było ogłoszenie matrymonialne. Ani moje osobiste narzekanie na to, że jestem sama. To było kilka luźnych refleksji na temat zjawiska, które obserwuję.
Pewnie gdybym planowała szeroką publikację takiego artykułu, napisałabym go zupełnie inaczej, ale nie wiedziałam, że tak to będzie. Ale cieszę się, wyszła z tego całkiem ciekawa sprawa. Czy będę dalej pisywać rzeczy tego typu? Mam nadzieję, że tak, pomysłów kilka jest. Niekoniecznie jednak chciałabym, by wszystkie z tych moich refleksji, co powstaną, zyskały aż taki rozgłos. Za bardzo mnie stresuje śledzenie komentarzy...

Tutaj nadal będę pisać tak jak pisałam. O kulturze, o różnych wydarzeniach kulturalnych i codziennych, spisywać refleksje tu się nadające, ciekawostki, śmieszne pierdółki. Tam postaram się, by blog nakierowany był na sprawy związane z Bogiem, z wiarą, z Kościołem. A gdy wyjdzie mi tam coś ciekawego, to i tutaj pojawi się na ten temat informacja. Bo tutaj jest ten mój najważniejszy kawałek internetu, tu sobie wszystko ładnie zbieram i się z Wami dzielę.
Ale zapraszam i tam:
www.muszka.blog.deon.pl

środa, 21 sierpnia 2013

nie umiem gwizdać


Nosowsko-O.S.T.Rowskie Czy żyjesz by mieć plan, czy masz plan, żeby żyć? vs. Każdy plan można zmienić, lecz wolę życie bez planu (jak tylko odkurzę mieszkanie zdobędę mury Libanu) Czesława Śpiewa
„Lubię ludzi, którzy mają jakąś pasję”. Ok, a co z tymi, którzy pasji nie mają? Których nie pochłania granie na gitarze ani czytanie filozofów, ani odbijanie rakietą żółtej piłeczki, ani kibicowanie żużlowcom, ani podróżowanie autostopem, ani fotografowanie, ani programowanie? Trzeba ich od razu skreślić? Są gorsi? Mniej udani, bo nie mają takiego konika, którego mogliby nazywać właśnie „Pasja” ze stadniny Jana Kowalskiego?
Zawsze gdzieś tam ugniata mnie ta fascynacja pasjonatami. Bo ja nie jeżdżę na koniu zwanym "Pasja". Czy tak mnie bez konkretnej pasji stworzono, czy też raczej nic takiego w sobie nie odkryłam, nie rozwinęłam? Nie wiem. To trochę jak z gwizdaniem. Nie umiem gwizdać, i już. Nie wiem, czy to dlatego, że mój aparat gębowy biologicznie nie jest w stanie wydobyć z siebie takiego dźwięku, czy też dlatego, że nigdy nie nauczyłam się owego aparatu w ten specyficzny sposób ustawić.

wtorek, 20 sierpnia 2013

kilka tygodni z L.M. Montgomery

Tak się złożyło, o czym dowiedziałam się po lekturze ostatniej z przeczytanych ostatnio i omawianych tu poniżej książek, że dwie pierwsze to jedyne wydane przez L.M. Montgomery powieści dla dorosłych. Natomiast dwie pozostałe - to jej pamiętnik i biografia. Co prawda, pamiętnik dotyczy lat dzieciństwa i młodości, ale i tak polecałabym go raczej dorosłemu czytelnikowi. Podsumowując, dążę do tego, aby stwierdzić, że oto w tej notce to tak jakby L.M. Montgomery dla dorosłych.

zdjęcie Maud Montgomery pochodzące z wikipedii, wrzucone tutaj z powodu silnej potrzeby zilustrowania jakoś tego wpisu



Błękitny zamek - czy tego nikt jeszcze nie zekranizował? Wydaje mi się, że to idealny materiał do sfilmowania! Bohaterka, wyszydzana stara panna, na początku nieco mnie wkurzała, taka rozmemłana i bez życia.
Niezbyt dobrze jej się spało. Nic dziwnego zresztą, że się źle sypia, kiedy się ma nazajutrz skończyć dwadzieścia dziewięć lat, a przy tym jest się wciąż panną, w środowisku, gdzie nie wychodzą za mąż tylko te, które po prostu nie mogą dostać męża.
Jednak pewna wiadomość sprawia, że zaczyna ona żyć po swojemu, nie przejmując się innymi, przede wszystkim - tłamszącą ją rodziną. Wychodzi nawet za mąż (no wiadomo, w innym wypadku nie zrealizowałaby się życiowo, nie?), ale para ta nie jest taka typowo montgomerowska. Co więcej, ślub wcale nie jest cudownym zakończeniem, rozkosznym rozwiązaniem wszystkich wątków, i żyli długo i szczęśliwie. Tu dzieje się dużo więcej. Intryga jest dość nietypowa, na koniec jeszcze trochę bardziej pogmatwana, niż by się wydawało (ale nie wiem, czy to było konieczne).
Mi czytało się dobrze. Za to mojej Mamie i Babci - znakomicie! Obie zachwycone, połknęły "Błękitny zamek" w ciągu 1-2 dni.
Hej Ty! Spełniaj marzenia, nie przejmuj się tym, co mówią inni, i żyj własnym życiem!

sobota, 10 sierpnia 2013

shoty kulturalne 2.

"Bezsenność", reż. Ch. Nolan - no wiadomo, Nolan. Co za gość, co za filmy! Tutaj trochę w stylu "Memento" (ach te przerażające rozmowy przez telefon), dodajmy jeszcze fascynujące mnie od zawsze krajobrazy Alaski (tutaj - również przerażające!) no i czego chcieć więcej? Świetny thriller, tylko że zakończenie... Nie przepadam za takim, uważam je za pójście na łatwiznę. No ale, tutaj scenariusz nie należał do Nolana, mogę to wybaczyć. A rola Ala Pacino - super!

"Angielski pacjent", reż. A. Minghella - jesteśmy z NJMŁ przekonani, że to właśnie rola Fiennesa w "Angielskim pacjencie" spowodowała, że zagrał potem Voldemorta. jak tam leżał taki poparzony, to Voldemort jak nic. Za Juliette Binoche akurat nie przepadam (chociaż reklama Credit Agricole stylizowana na Amelię była świetna!), ale w tym filmie mi nie przeszkadzała. Świetna historia, dobrze opowiedziana. Z wątkiem "dlaczego Ralph Fiennes jest fajniejszy niż Colin Firth". No bo Ralph Fiennes w ogóle jest fajowy, ot co.


"Uniwersytet Potworny", reż. D. Scanlon
- A., pójdziesz z nami w sierpniu na uniwersytet potworny?
- Nie, ja na uniwersytet potworny wracam dopiero w październiku. 
Potwory też źle wychodzą na zdjęciu do legitymacji studenckiej.
Jestem wielką fanką "Potworów i spółki", więc musiałam, MUSIAŁAM zobaczyć też prequel. W tej dawniejszej części najbardziej lubiłam ten cały świat potworów, tę całą ekspozycję, która w przezabawny sposób pokazuje nam, jak się żyje potworom za drzwiami od szafy. Do momentu, kiedy pojawia się ta mała i wszystko psuje. W "Uniwersytecie Potwornym" w zasadzie całość ma charakter tamtej ekspozycji, nie dzieje się tu nic wielce stresującego (przynajmniej nie dla widzów, dla potworów owszem), no może za wyjątkiem jednego z końcowych fragmentów, gdzie robi się trochę bardziej poważnie. Reszta - to po prostu uniwersytecki konkurs potwornych umiejętności rozgrywany pomiędzy bractwami. Być może byłoby to jeszcze śmieszniejsze, gdybym sama siedziała w takim amerykańskim akademickim świecie, ale i tak jest zabawnie, do polskich uniwersytetów też wiele pasuje. Na przykład przerażająca, groźna pani dziekan, surowa wymagająca ciszy bibliotekarka, czy typy studentów - rozbawiło nas zwłaszcza bractwo imprezowych wylaszczonych potworków-cheerleaderek. Znamy takie! Ale i inne typy - osiłków, kujonów - sportretowane zostały naprawdę prawdziwie, mimo iż przeniesione na potwory. Ubawiłam się! fajnie tez popatrzeć, jak nasi znajomi z "Potworów i spółki" zachowywali się jako studenci, młodsi o te kilkanaście lat, fajnie wypatrywać w trzecim planie postaci znanych nam z późniejszej części. niezwykle przyjemny film!

Smerfy 2, reż. Raja Gosnell
Tak, chodzę ostatnio do kina na filmy dla dzieci. Nie widziałam pierwszej części, i bałam się, że będzie kiepsko. Ale nie było tak źle! Udało się twórcom nie przyćmić całości klimatu naszej ulubionej bajki z dzieciństwa. Fabuła i dowcip kojarzyła mi się z familiarkami typu "Kevin sam w domu" - śmiejemy się, bo Gargamel spada z Wieży Eiffle'a. Dodatkowej radochy przysporzyło nam wyszukiwanie wszystkich product placement w filmie. SONY - bo Gargamel ciągle łazi z tabletem (słaby motyw, tak samo jak wciskanie na siłę teksów o Facebooku co chwila), no i wszystkie możliwe słodycze we fragmencie filmu dziejącym się w cukierni, który pewnie właśnie po to został napisany, by te słodycze tam wciskać. Szału nie ma, ale da się wysiedzieć w kinie, i nawet się człowiek czasami uśmiechnie, bo smerfnych wspomnień wraca sporo.

poniedziałek, 22 lipca 2013

dobre show z wykorzystaniem "Iluzji"

"Iluzja" (reż. L. Leterrier) to kawał porządnego kina! Lubię i "Prestiż", i różne numerki Danny'ego Oceana, a do tych dwóch filmów, jak zauważyłam nie ja, ale koleżanka pisząca recenzje na Kulturalnym Toruniu, bardzo "Iluzji" blisko. Wciągnęło mnie. Uśmiałam się. Ostatnie jedno... lub nawet dwa dna scenariusza bym pominęła. Pierwsze z nich psuło mi obraz naszych bohaterów, jaki sobie budowałam od początku filmu, drugie było już zbyt grubymi nićmi szyte. Dobra obsada - lubimy filmy z Freemanem i Cainem (brawa za delikatną parodię "Zagadek wszechświata z Morganem Freemanem"!), ale zaczynam zauważać, że Eisenberg wszędzie gra tak samo - chociaż wciąż nie widziałam "Social Network"... Podsumowując, "Iluzja" to po prostu rozrywka na wysokim poziomie.

czwartek, 18 lipca 2013

szoty kulturalne, czyli nadrabiamy zaległości

są rzeczy ważne i ważniejsze, w związku z czym blog leżał ostatnimi czasy odłogiem. czas nadrobić zaległości w kulturalnych opisach. nie będzie długich dygresyjnych analiz. tak tylko po odrobince, aby pozbyć się zaległości. trochę wzorem shortów kulturalnych tattwy (do teraz byłam przekonana, że to są shoty, a nie shorty! ciekawe. bo to taki shot na raz, no!)

filmowo:
Vinci, Vabank, Vabank 2 - obejrzane po kilkakroć z okazji pisania pracy na Analizę Filmu dotyczącej Vinci, a trudno pisać o Vinci bez odniesienia się do Vabanków. Co tu dużo mówić, Juliusz Machulski daje radę, zwłaszcza w tego typu komedii kryminalnej.

Avengers - nadal nie wiem co mi się stało, że zaczęłam tak chętnie oglądać filmy o superbohaterach. Ale one są naprawdę spoko! Mimo iż nie zachwyca mnie jakoś wybitnie ani Robert Downey Jr., ani Tom Hiddleston. 

Przypadkowy mąż - Wielkie zdziwienie nr 1: co robi Javier Bardem w takim typowo komedioworomantycznym filmie? Wielkie zdziwienie nr 2: TO NIE JAVIER BARDEM, tylko gość do niego łudząco podobny! I w sumie to spostrzeżenie przyćmiło mi całą resztę filmu. Komedioromantyczny, i jak na taki nawet całkiem przyjemny. O wyższości zarośniętego, lekko gburowatego, inteligentnego faceta w wyciągniętym podkoszulku i jeansach nad typowo colinofirthowym nerwowym elegancikiem w garniturku. True story!

Sztuka zrywania - zaskoczenie! Spodziewałam się po tym wszystkim cukierkowo słodkiego zakończenia. A tu jednak nie! Ten aspekt zdecydowanie na plus. Reszta bez szału. Bohater jest Polakiem, co podkreśla się ubierając go stale w koszulki z orzełkiem, a nazywa się Gary Grobowski. Zmieniłabym jednak na Grabowski, to jakieś takie bardziej znajome. No i ten Gary. Ilu znacie Polaków noszących to imię wywodzące się, jak podaje wikipedia, z języków staroangielskiego i germańskiego? Bo ja niewielu. Trochę wtopa.

Rejs - och, urocze. Absolutnie wpisuje się w moje poczucie humoru. I tak, widziałam ten film po raz pierwszy. I tak, obchodzę urodziny tak jak Kaowiec i Stanisław Tym w lipcu. Znaczy w połowie lipca. Właściwie w drugiej połowie lipca. Właściwie dokładnie 17 lipca.

książkowo:
"Erynie" Marka Krajewskiego – ależ mnie wciągnęło! Chociaż końcówka nieco traci na wartkości, czytało mi się to bardzo dobrze. Chyba muszę zacząć sięgać po kryminały. Usunęłabym niepotrzebną moim zdaniem współczesną klamrę kompozycyjną, i sam tytułowy motyw Erynii – bogini zemsty też wydał mi się jakiś taki wydumany. Sama historia, bez tych upiększaczy, też by się broniła, na moje – nawet lepiej. Jednak największe zastrzeżenia mam do tylnej okładki. Powinna być dopracowana w najmniejszych szczegółach, prawda? Przecież biorąc książkę w księgarni do ręki, odwracamy na tyły i sprawdzamy, co tam napisali, czy nas zachęci. A tu klops.
Lwów, maj 1939 roku. W strasznych męczarniach ginie mały chłopiec. Wieść o rytualnym mordzie dokonanym przez Żydów obiega miasto. Wybucha panika. Czyje dziecko będzie następne? Wszyscy liczą na komisarza Edwarda Popielskiego.
Czy to nie brzmi tak, jakby wszyscy życzyli komisarzowi jak najgorzej, żeby to jego dziecko było następne? A zdecydowanie nie o to chodzi. Klops. „Wszyscy liczą na to, że komisarz Edward Popielski weźmie sprawę w swoje ręce i zapobiegnie kolejnym mordom.” Simple as that.

„Patty” i „Patty i Priscilla” Jean Webster – niestety nie umywają się do wcześniej opisywanych przeze mnie powieści epistolograficznych “Kochany Wrogu” i “Tajemniczy opiekun”. Płyciutkie, bez fabuły, wydały mi się wyrwane z całej historii – „Patty i Priscilla” dotyczy ostatniego roku pobytu dziewcząt w college’u, co czyta się trochę dziwnie, bo chcielibyśmy razem z bohaterkami poznawać ten świat, a nie wchodzić do już przez nie zdefiniowanego. To takie przyjemne opowiastki pensjonarskie, mnie jednak  wkurzała główna bohaterka, z tym jej konfabulowaniem, z tym że jej wszystko uchodziło na sucho, jakoś to mało wychowawcze. Brak w tych książkach głębi.

Wyjdź do światła! Przesłanie świętego grzesznika, Joachim Badeni OP, J. Syrek. Niewielkich rozmiarów książeczka, zawierająca wyjątki z konferencji i kazań ojca Joachima Badeniego. Takich nam kurczę ludzi w Kościele potrzeba, świętych swoją normalnością, normalnych swoją świętością. Sporo anegdotek, ciekawych spostrzeżeń. Taki zbiór historyjek do opowiadania w rozmowach na temat wiary, do urozmaicenia kazań. I tak też to sobie przyjemnie czytałam, ale okazało się, że sporo z tego zostało we mnie. Na pewno jeszcze wrócę do świętego grzesznika.

Papież Franciszek. Kard. Jorge Mario Bergoglio. Chciałbym Kościoła ubogiego dla ubogich. Książka na zasadzie – wydajmy coś szybko o papieżu Franciszku. Tak szybko, że nawet akapity dzielone są w trakcie zdania, że trudno oddzielić komentarz od wypowiedzi papieża, że ma się wrażenie, że zostało tam wrzucone wszystko, co tylko się dało, wszystkie papieskie wypowiedzi do dnia wydania książki, i zabrakło czasu na korektę i selekcję. Te wszystkie mankamenty tyczą się przede wszystkim drugiej części książki. Pierwsza – sylwetka papieża, wywiad na jego temat z kardynałem Zenonem Grocholewskim i jezuitą ks. Andrzejem Koprowskim, oraz podobno co ważniejsze przemówienia kardynała Bergoglio z lat 2009-2013 są naprawdę ciekawe (i lepiej zredagowane!), pozwalają poznać styl obecnego papieża, pokazują to, co dla niego było istotne przed wyborem (chociaż mam wrażenie, że mogło tu dojść do pewnych manipulacji i wyboru tekstów zwracających szczególną uwagę na problemy społeczne, zgodnie z tytułem książki). Im bliżej konklawe z 2013 r., tym bardziej znów mam wrażenie, że nie czyniono już selekcji, a wrzucano wszystko co się da. Jeśli chodzi o końcowe przemówienia, to my to już wszystko przecież znamy. Pierwsze wypowiedzi papieża cytowane były wszędzie, część z nich widziałam w telewizji, część czytałam w internecie. No ale pewnie, że piękne słowa tam padają. Wiele do zapamiętania.

Smutek to zło pochodzące z ducha tego świata. Lekarstwem na nie jest radość. Ta radość, którą tylko Duch Jezusa może dać, i to w taki sposób, by nic i nikt nie mógł jej zabrać. 
Dobrego obiadu!


czwartek, 27 czerwca 2013

jeden wymiar Cristiady

Cristiada, reż. Dean Wright

Jestem chrześcijanką, oglądałam "Cristiadę". Iii... zaczynają się dylematy, jak tu do tego filmu podejść. Co napisać, co jeszcze nie zostało w internecie na ten temat umieszczone?
Sama historia, wiara w ewangeliczne wartości, walka o prawo do uczestnictwa w Eucharystii, umieranie z krzykiem "Niech żyje Chrystus Król" - no jasne, że mnie porusza. No jasne, że zmusza też do myślenia - czy ja bym tak potrafiła? Tylko że... To jakoś tak wszystko zostało pokazane jednowymiarowo. Może i trudne chwile, ucisk z zewnątrz, konieczność męczeństwa uświęcają. Jednakowoż i historia naszego kraju, i chociażby moje doświadczenie różnych relacji, rozmów, spotkań pokazują, że sprawa nie jest tak prosta. Nie dla wszystkich wybory są tak oczywiste i jasne.
Sposób opowiedzenia filmu - byłam zdziwiona, że mimo, iż trwał tak długo (prawie 2,5 h!) to nie nudził mnie ani trochę. Z rozmachem, raczej zgrabnie. Mam zastrzeżenia co do zakończenia - czegoś mi w nim zabrakło. A i w całym filmie zabrakło... no tych dylematów. Tych wspominanych już wyżej.
Dodatkowy problem - stroje i uroda aktorów/bohaterów bardzo kojarzyły mi się z argentyńskimi telenowelami. No niestety.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

o radiu roxy

Z reguły wyznaję Trójkę. Trójeczka po prostu sobie leci, włączana rano po przebudzeniu, wyłączana jakoś przed spaniem. Lubię ten trójkowy klimat, równowagę między dobrą muzyką a publicystyką z dodatkiem kulturalnym. Czasami jednak Trójka mi się nudzi, albo denerwuje jakąś konkretną audycją - bo w piątek muzykę wybierają słuchacze, i ciężko się tego słucha (co pokazuje, jak szalenie istotne jest, aby utwory do radia wybierał no, dziennikarz muzyczny, a nie przypadkowi ludzie, bądź co gorsza, jakiś algorytm!), bo Strefa rock'n'rolla wolna od angola jest tak pretensjonalna i okraszona po prostu kiepską muzyka, że wyłączam czem prędzej, bo nie przepadam za Jurkiem Owsiakiem i jego audycją, bo muzyka puszczana przez Marka Niedźwiedzkiego też mnie wkurza. Wtedy przełączam na Radio Roxy.

Radio Roxy puszcza muzykę najbardziej zbliżoną do tej, której ja słucham sama z siebie, do tej z mojego komputera i odtwarzaczy. Chociaż być może trochę za dużo u nich Strachów na lachów i hapysadu, no ale - ja też przecież wciąż mam folder "happysad" na komputerze. To jednak da się przeżyć, miło czasami z sentymentu pośpiewać, że miłość to nie pluszowy miś ani kwiaty, i że chodzi o to by od siebie nie upaść za daleko jak te dwa łyse kamienie nad rzeką. Ale niestety przeżyć nie jestem w stanie kretyńskiej porannej konferansjerki Tymona Tymańskiego i Piotra Kędzierskiego. OK, robienie z siebie kretyna bywa sympatyczne, ale nie w taki sposób! Gimnazjalne żarty sprowadzajace wszystko do seksu i odchodów nie są w dobrym guście. Albo puszczanie wywiadu od tyłu, że niby to rozmowa z szatanem. No proszę. I absolutnie nie oburza mnie to dlatego, że jestem babą z Kościoła. Nie nie. To jest po prostu obiektywnie poniżej poziomu. Niby to tylko poranny program, 3 godziny kretynienia a potem można radia spokojnie posłuchać? To byłoby zbyt piękne. Niestety, potem w ciągu dnia i innych programów, podjarani tym programem realizatorzy co i rusz puszczają jakieś niby najlepsze teksty z poranka, przypominając tę żenadę. To naprawdę strasznie słabe.
Za to wieczorami - cud miód. Zwłaszcza w audycjach Noviki czy Kasi Nosowskiej i Pawła Kowalczyka. Wiadomo, że ja to Nosowską prawie że wielbię, więc te dwie poniedziałkowe godziny bardzo lubię. Wytwarzają z Pawłem (jej partnerem) podczas audycji taki intymny klimat, trochę jakbyśmy siedzieli u nich w domu na kanapie, podczas jakichś wieczornych pogaduch, do których oni puszczają świetną muzykę z płyt. Urocze! Bez zagłębiania się w jakąś nadmierną prywatność, urocze tak po prostu, mimo iż Kasia momentami wychodzi troszkę na taką zrzędę, ale to i tak jest urocze. I na szczęście nie przerywają tego wyjątkami z Kędzierskiego i Tymańskiego. Kurczę, wydawało mi się zawsze, że Tymon to taki muzyk z klasą, a tu taka żenada. Nie rozumiem.
Próbka. Oglądasz na własną odpowiedzialność!

poniedziałek, 17 czerwca 2013

prestiżowe i nie do zapomnienia

... takie właśnie są filmy Christophera Nolana. "Prestiż" i "Memento" obejrzane dzień po dniu zrobiły na nas (NJMŁ i ja) piorunujące wrażenie.
Piorunujący - dosłownie - był zwłaszcza "Prestiż". W filmie sztuczki z elektrycznością, a za oknem burza, to się wszystko składało w piękną całość. Cudowny Hugh Jackman, którego najbardziej lubię chyba własnie takiego gentelmańskiego w strojach z epoki (no ba, Kate i Leopold!), nieco mniej cudowny Christian Bale, który w zupełnie innej konwencji też mówi jak Batman, to zadziwiające. I w ogóle on chyba trochę sepleni? Intryga i zagadka nie pozwalające się do końca rozwiązać, trzymające w napięciu, ale   tak mistrzowsko poprowadzone, że nie jest to "e, wiedziałam", a jedynie "o ja! a coś tak w pewnym momencie mi się wydawało, no ale gdzieżby!" Przerażające, na ile można dać się oszukać, na ile można dać się wciągnąć swojej pasji, na ile można sobie pozwolić, byle tylko się zemścić, być lepszym. Czy Michael Caine zawsze będzie takim starszawym doradcą? No i zabawne, że mamy tu obie panie z Vicky Cristina Barcelona walczące o tego samego mężczyznę. Tak jakby znów, ale wcześniej. Ciekawa sprawa z tymi allenowskimi aktorkami u Nolana i nolanowskimi aktorkami u Allena...
"Hej, Marianno, ciekawy to jest film, a nie dobór aktorek. Do rzeczy!" zdjęcie stąd.
Trochę zbaczam z tematu, może to dlatego, że oglądałam to już parę tygodni temu. W każdym razie dobry, dobry film, z efektem wow.
I na dodatek ta konfundująca scena na koniec, o której nawet nie pomyślałam, na którą dopiero w rozmowach o filmie zwrócono mi uwagę! Bo to jeden z tych filmów, po których ma się ochotę i potrzebę porozmawiania z kimś, z kim właśnie przeżyliśmy to widowisko. Bo nawet ta pierwsza scena, w której nie wiemy co, jak i dlaczego, potem się tak cudnie wyjaśnia... Nolan znów dał nam sporo tematów do obgadania.
Jeden mankament - bo wszystko takie absolutnie realistyczne (no bo Nolan) mimo iż przecież film o iluzji, a jednak jednak jeden wątek... no niby też naukowy, ale jakoś mi to burzy... nie, nie burzy. Burzy to jak nagle wali się cała ściana, nie? To mi tylko troszeczkę odłamuje różek jednej cegiełki.
Polecam absolutnie wszystkim.

I kolejny film na fali naszej nolanomanii, "Memento". W konstrukcji nieco podobny - oczywiście, jak to u Nolana, kryminałowo, ale z "Prestiżem" łączy go także nielinearność fabuły, zdradzenie końca na początku, co jednak tylko pobudza nasze zainteresowanie, bo bardzo chcemy się dowiedziec, nie do czego doszło, ale JAK do tego doszło? Tego filmu już nie polecam wszystkim, tylko tym, którzy lubią dobre, MOCNE kino. 
Bo kurczę, a co jeśli pewnego dnia ja też na wskutek wypadku czy czegokolwiek nie będę w stanie nic nowego zapamiętać? Przerażające! Powtarzające się sceny, gdy niby rozumiemy coraz więcej, i coraz więcej wiemy, więc możemy je zrozumieć inaczej, zaburzają kompozycję, niby tłumaczą, a jednak robią mętlik. Zaskakują, wyprowadzają z równowagi. Nolan mistrz mieszania w napięciu.
Motywy też podobne do tych "prestiżowych". Znowu ogarnięty zemstą mężczyzna. Ten tu próbuje zabić mordercę swojej żony, utrudnia mu to fakt, iż po wypadku nic nie może zapamiętać na dłużej. Więc sobie wszystko zapisuje i tatuuje, robi zdjęcia. Niestety, okazuje się, że ten system trochę nawala...
Czy będę wyrazicielką zdania damskiej części widowni, która cieszyła się, iż fabuła wymagała tak częstego pokazywania tatuaży bohatera? zdjęcie stąd.
Ojciec: obejrzałem dopiero 15 minut filmu, i już jestem cholernie zmęczony... No, bo odprężające to raczej nie jest. Ale bardzo dobre!

Napisałam kiedyś o "Incepcji", że: "Właśnie po to powinno się robić kino epickie. Pokazywać niesamowite światy i niesamowite historie, które normalnie nie mogłyby się wydarzyć." Do tych dwóch filmów to też wszystko pasuje, mimo nolanwskiego realizmu. Kurczę, no mistrz!
Czekamy na najnowszy film.

Tylko że zawsze brakuje mi w filmach Nolana odrobinki poczucia humoru... Ale - czy wtedy udałoby się zachować ten klimat? Można mieć jedno i drugie?